310 (tys. km/s)

Historia firmy PKS Grodzisk Mazowiecki znana jest wielu osobom. Jej sława wynikała przede wszystkim z ponadprzeciętnej klasy taboru. Coraz więcej for internetowych, grup dyskusyjnych poświęconych komunikacji miejskiej w Polsce polecało wycieczkę do Warszawy celem przejechania się jeszcze jeżdżącymi Berlietami z lat osiemdziesiątych. Kiedy echo istnienia firmy odbiło się daleko za naszą wschodnią granicą, szefostwo postanowiło przeprowadzić restrukturyzację mającą na celu poprawę wizerunku firmy i wypromowanie marki. Ze względu na liczne naprawy wysłużonego taboru, budżet z roku na rok coraz ciężej było dopiąć na ostatni guzik. Jednak każdorocznie zakładana była rezerwa inwestycyjna, mająca pokryć w przyszłości koszty budowy własnej zajezdni autobusowej. Być może rzecz wydaje się dziwna, szczególnie w czasach gdy władze Warszawy z wielką ulgą pozbywają się dwóch dawnych zajezdni przy ul. Inflanckiej i Chełmskiej. Ale dla kierowców PKS Grodzisk było to marzenie jaśniejące niczym gwiazda północna beznadziejnie wyczekiwana przez kapitana morskiej floty.

Tajne obrady zarządu, które odbyły się późną jesienią 2002. roku, przesądziły jednogłośnie o zmianie założeń statutowych firmy. Od lat wyczekiwana zajezdnia odeszła na drugi plan, zaś na pierwszy wysunięto wymianę taboru. Po długotrwałych pertraktacjach z kierowcami ? bo wspomnieć należy, że to oni, mając dosyć parkowania autobusów na własnych podwórkach, wnosili najwięcej sprzeciwów ? udało się dojść do porozumienia. Jego efektem był zakup w pełni nowoczesnych, wysokopodłogowych autobusów dolnośląskiego Jelcza. Podstawą do wyboru firmy były przede wszystkim względy patriotyczne oraz przywiązanie kierowców do tej marki. Lata pracy z autobusami firmy Jelcz, potwierdzone doświadczeniem moim i moich związkowych kolegów, są najlepszym dowodem niezawodności i jakości produktów tej firmy. Dlatego nie wyobrażamy sobie byśmy mieli wykonanie wymiany naszego taboru pozostawić innej firmie.? ? brzmiało oświadczenie szefa ?Solidarności? działającej przy PKS Grodzisk Maz.

Mniej więcej tak to się wszystko zaczęło. Jako że patriota ze mnie taki, jak miłośnik demokracji z Fidela Castro, a dumny z polskich osiągnięć technicznych się nie czuję, zazwyczaj autobusy firmowane znanym w całej Polsce znaczkiem ?PKS? omijałem szerokim łukiem. Zdarzyło się jednak pewnego pięknego zimowego poranka, że Miejskie Zakłady Autobusowe (posiadające 70% udziałów na przewozy pasażerskie w stolicy) ogłosiły strajk ostrzegawczy. Jak wspomniałem był środek zimy, dzień owszem priekrasnyj, słonko świeciło, ale temperatura -21oC do spacerów nie zachęcała. Wiadomo ? latem, wiosną, nawet późną jesienią, niewiele zastanawiając się skorzystałbym z dobrodziejstwa posiadania roweru, lub uraczył się spacerkiem do pracy, tym przyjemniejszym, że widziałbym tysiące wkurwionych kierowców gnijących w korku na głównych arteriach Warszawy. Ech? pomarzyć sobie można.

Poszedłem więc na przystanek o absurdalnej nazwie ?Bemowo-Ratusz?, tym bardziej absurdalnej, że nie na Bemowie, tylko Górcach i nie żaden ratusz tylko urząd gminy. No ale zjeżdżające do stolicy bydlęcymi pociągami Podlasie z pewnością sprawy sobie z tego nie zdaje i pokornie dodaje animuszu radnym gminy, nazywając ich miejsce pracy ?bemowskim ratuszem?.

Całe szczęście, że w mojej okolicy nie tylko MZA obsługuje linie autobusowe. Strach pomyśleć co działo się np. w Ursusie czy na Bródnie, gdzie to one odpowiedzialne się w niemalże 100% za organizację przewozów. Nie dość, że miałem komfort korzystania z usług innego przewoźnika, to jeszcze miałem wybór! Connex?owski 507 jeździł ? jak każdego dnia - punktualnie według sobie znanego rozkładu. Jednak nie zatrzymywał się on u celu mej podróży, w wielkim węźle komunikacyjnym o dźwięcznej nazwie ?PKP Koło?. Wybór był jeden. 310.

Nim jeszcze autobus podjechał na przystanek, ujrzałem znak firmowy PKS Grodzisk Mazowiecki jaśniejący w porannym słońcu niczym złota spinka na męskim krawacie. Być może ów oślepiający blask spowodował, że część pasażerów porzuciła nadzieję bezpiecznego dojechania do celu i oddaliła się do swych domostw. Ja jednak byłem nieugięty i zdeterminowany. Na PKP Koło czekał na mnie samochód. Nie pozostawało więc nic innego jak przemęczyć się przez te pięć czy sześć przystanków i zmienić środek lokomocji na bardziej dogodny. Procedury wsiadania do tego auto(de)mobilu opisywać nie będę. Jej reguły zna każdy, komu zdarzyło się dojeżdżać na godz. 8 rano do pracy czy szkoły. Tak się złożyło, że wypadło mi miejsce dosłownie z nosem na szybie kabiny kierowcy. Ba! Mocno powiedziane! Była to najzwyklejsza w świecie dykta, gustownie i elegancko oddzielająca przestrzeń zajmowaną przez prowadzącego pojazd od konserwy do której na własne życzenie upakowywali się jak sardynki pasażerowie.

Gdy drzwi zamknęły się odetchnąłem z ulgą. Ale za wcześnie było na wzdychanie do księżyca. Autobus musi jeszcze ruszyć. I to udało się kierowcy również. Na następnym przystanku przeżywałem to co na pierwszym, z tą jednak różnicą, że coraz mocniej czułem iż czubek mojego nosa przybiera wzorzysty kształt płyty pilśniowej na coraz większej powierzchni.

Nagle moja głowa opadła mocno uderzając o metalową ramę drzwi do kabiny kierowcy. Chwila zamroczenia, głośne jęknięcie i podniosłem me oczy by ujrzeć niewinną i jasną twarz prowadzącego pojazd. Oczy miał łagodne jak baranek wielkanocny, twarz jasną i usta pełne. Jego brwi układały się wyraźną linię, duża jaśniej niż usta oznajmiającą ?to nie moja wina?. Nim zdążyłem zapytać się, o co chodzi ujrzałem tłum ludzi wysiadających z autobusu i podążających w górę wiaduktu nad Warszawską Kolejową Obwodnicą Towarową. Owczym pędem zwróciłem się ku wyjściu, jednak w ostatniej chwili zreflektowałem się i zapytałem czy mam czekać na następny autobus. ?Spotkamy się na szczycie!? ? tym górskim zawołaniem pożegnał mnie wielkoduszny kierowca i zamknął drzwi. Nie ma rady ? trzeba iść, ale droga upłynęła mi nie wiedzieć kiedy, bo pochłonęły mnie rozważania nad ostatnimi słowy kierowcy. Gdy doszedłem na szczyt wszystko stało się jasne. W oddali zobaczyłem powolutku niczym bieszczadzka wąskotorówka pełznące 310.

Kilkanaście minut spędzonych na szczycie wiaduktu zaczynało mi doskwierać. Bo ani widok nieciekawy, ani towarzystwo nierozrywkowe. A dodać jeszcze trzeba, że mróz nie zelżał i szczypał po kostkach. Za to 310 wciąż majaczyło w oddali niby fatamorgana na pustyni i powoli zaczynałem wątpić w realność tego widoku.

Tak bujając w obłokach i popadając w coraz głębszą melancholię usłyszałem znany mi głośny klekot 50-cio konnego silnika Diesla. Przenikliwy syk otwieranych drzwi przeciął grobową ciszę niczym radziecki myśliwiec przelatujący na zamarłą, syberyjską tundrą, budząc wszystkich pasażerów z letargu. Nie wiem czemu, leczy wydawało mi się, iż chętnych do podróży przybyło. Czyżby wydłużony czas oczekiwania sprawił, że zdążyli się rozmnożyć? Nie było czasu na zbędne dywagacje. Nim zdążyłem postawić ostatnią kropkę pod znakiem zapytania, tłum, który jeszcze przed sekundą pokornie marzł i oczekiwał na grodziski demobil, przystąpił do zmasowanego szturmu wszystkich drzwi wejściowych.

A były ich trzy pary. Do każdej z nich ustawiła się kolejka, na której czoło wysunęły się stare baby dwukrotnie swą szerokością przekraczające rozmiar drzwi. Choć tłum niedoszłych pasażerów napierał, nie posuwał się do przodu ani na centymetr. Krewkie emerytki nieodwracalnie utknęły w drzwiach wejściowych, z jednej strony opierając się o żółtą poręcz wyrastającą z podłogi, bocznie zaś wypełniając wszelkie luki lejących się z nich tłuszczem. Wszystko wskazywało na to, że niczym w ?Kubusiu Puchatku?, który utknął w domu królika, czekać będziemy aż naturalne blokady schudną. Właściwie zanim tak nabite 310 ruszyłoby z miejsca, już można by obserwować pierwsze efekty tak prowadzonej terapii odchudzającej. Jednak czas kurczył się w trybie przyspieszonym. Z każdą minutą było go o sześćdziesiąt sekund mniej. Jasna twarz, ta sama, która zawołała mnie wcześniej raźnym, górskim okrzykiem, znów przybrała wyraz kompletnej bezradności. Desperacja i zdenerwowanie ? oto uczucia, jakie podzielała coraz większa rzesza niedoszłych podróżnych. Ja natomiast, porzuciwszy na dobre nadzieję o dojechaniu do pracy na czas, zostałem ?na szczycie? by obserwować przebieg wydarzeń. Mimo wciąż dokuczającego minus dwudziestostopniowego mrozu, atmosfera robiła się gorąca i na chwilę wszyscy zapomnieliśmy o tym, że jest środek stycznia.

310 stało na wiadukcie skutecznie blokując prawy pas ul. Górczewskiej. W tym samym czasie pasażerowie siłowali się w drzwiach, a kierowca próbował nawiązać łączność ze sztabem generalnym PKS Grodzisk Mazowiecki i wymóc na głównodowodzących nadesłanie posiłków. Jak się później okazało, bezskutecznie. HQ podobne sygnały dostawało od godziny piątej rano. Gdy liczba próśb o wspomożenie pięciokrotnie przewyższyła możliwości taborowe firmy, dowództwo po cichu wycofało się ze swojej bazy, zostawiając walecznych kierowców samych na trudnym polu walki miejskiej dżungli.

Wróćmy jednak do autobusu, bo działy się tam sceny dantejskie. Pewien zdesperowany młodzieniec, widząc zapewne bezsens oczekiwania na uwolnienie wejścia, zwinnym ruchem wskoczył na cisnącego się obok pasażera i nim ten zdążył się zorientować, że został dogłębnie obrażony, skacząc jak żaba po kamieniach po moherowych beretach współpasażerów, dostał się do wnętrza pojazdu. Machiavelizm. Na odzew nie trzeba było długo czekać. W przeciągu kilku minut pasażerowie skakali po sobie jak pchły po psim zadzie, prześcigając się nawzajem w tupaniu po głowach i beretach współpodróżujących. Od czasu do czasu ktoś z hukiem i okrzykiem radości wpadał do środka przez czarną wnękę drzwi autobusowych. Przypominało to komorę losującą ?Dużego lotka?. Tylko losowanie trwał bez końca, a na twarzy kierowcy, bladej w owym momencie, rysowało się coraz większe zdziwienie graniczące z obłędem.

Gdy tak stałem z boku i przyglądałem się żałosnym roszadom przed autobusem, niespodziewanie napierający na drzwi tłum drgnął. Nie mogłem dostrzec, co przyczyniło się do tego nieoczekiwanego posunięcia. Dłuższą chwilę stałem osłupiony, by po chwili ujrzeć żółtą barierkę spadającą z metalicznym brzękiem na ziemię. Czyżby nie wytrzymała naporu skondensowanej masy tłuszczowej? Nie. To któraś z matron komunikacji wyrwała ją z podłogi celem dzielenia skaczącego po jej ramionach młodzieńca. Nieoczekiwanie jednak wpadła do środka ledwie chwyciwszy ją w ręce. W ten sposób podróżni powoli zaczęli wypełniać brakujące luki pasażerskie w mrocznej otchłani 310. Okazało się, że tłum, jeszcze przed chwilą liczący setki osób idealnie upakował się we wnętrzu autobusu. Widząc, że będę miał gdzie stanąć skierowałem się ku drzwiom. Resztki nadziei na dojazd do pracy odżyły. Jednak z mniejszą już ufnością podchodziłem do realizacji mego planu. Czyn starej baby zaniepokoił mnie. Nie mogło z niego wynikać nic dobrego. Skąd wiadomo, że zwykła, żółta, metalowa poręcz nie stanowi podstawy konstrukcji nośnej karoserii? Do czynienia mamy przecież z polskim autobusem z pod znaku Jelcza?

Tym razem wchodziłem jako ostatni. Mój nos, choć minęło dobre 20 minut nim autobus podjechał pod wiadukt, jeszcze czuł bliską obecność płyty pilśniowej. Jak tylko znalazłem się za drzwiami, zamknęły się one z dobrze znanym, wężym sykiem. Zabrzmiał on zdradziecko. Pewien niepokój obudził się we mnie uniemożliwiając spokojny oddech. Coraz mocniej czułem, że tym razem jazda 310 nie ujdzie mi na sucho. Pełen obaw chwyciłem żółtą poręcz. Tyle że pomny wydarzeń sprzed kilku minut nawet jej nie mogłem ufać.

Musieliśmy jeszcze ruszyć. Z tym jednak nie było problemu. Nie na darmo wjeżdżaliśmy na niedostępny dla PKS Grodzisk Mazowiecki niczym K2 szczyt wiaduktu na ul. Górczewskiej. Wystarczyło nieznaczne szarpnięcie silnika (który zresztą chwilę później zgasł), by autobus zaczął się powoli toczyć w dół. Wydawać by się mogło, że rzecz dzieje się piękna. Przecież to właśnie ruszanie stanowi największy problem autobusu 310. Drugą w kolejności jest przyspieszenie, które swoimi osiągami ledwo dorównuje rowerzyście. A my mieliśmy zapewnione oba rozwiązania. Autobus ruszył gładko jak po stole, a w dodatku przyspieszał równo i miarowo. Zupełnie nie jak pojazd polskiej produkcji.

Ale? zawsze musi być jakieś ale. Jak wspomniałem silnik zgasł ledwo otarłszy sprzęgło o tarczę skrzyni biegów. Nie pracowało więc serwo, a co się z tym wiąże ? wspomaganie hamulców. Najwyraźniej kierowca na równi ze mną zdawał sobie sprawę z zagrożeń, co też odczytałem z jego twarzy. Dotychczas jasne i ciepłe lico pociemniało, a brwi ułożyły się w znany nam wszystkim wyraz zmartwienia połączonego ze strachem.

Za to reszta pasażerów nie znała sposobu by dać upust swojej radości. Śmiechu i ścisków nie było końca. ?Ruszył!!!? ? krzyczeli, ?Przyspiesza!!!? ? wrzeszczał ktoś w niebogłosy. Nie trzeba było długo czekać by ktoś ogarnięty ciepłą falą wszechobecnego entuzjazmu nie łyknął sobie z piersiówki. Kto inny to podchwycił i wyjął zza pazuchy ? czystej. Łyknął grzdyla z gwintu, poczym rozentuzjazmowany podał butelkę sąsiadowi. Od tej chwili ? i ?-litrówki krążyły po autobusie jak sputniki po ziemskiej orbicie i podwyższały z sekundy na sekundę poziom wesołości podróżujących. Radość rozpierała serca, alkohol ? żołądki.

I prawdopodobnie radość trwała by bez końca, gdyby ktoś pijany, oparłszy się o drzwi nie wyleciałby z hukiem na zewnątrz. Drzwi poszybowały w siną dal niczym wirnik helikoptera. Nastrój i humor tłuszczy spadł grubo poniżej zera. Wszyscy zaczęli nerwowo poszukiwać barierek, których mogliby się przytrzymać. Liczba pasażerów przewyższała jednak ponad dwukrotnie liczbę możliwych miejsc do uchwycenia. Szybko doszło do szarpaniny. Z początku niewinnej, delikatnej, po chwili coraz bardziej przypominającej bójkę.

Poręcze miały najwyraźniej dość tego zwierzęcego zachowania pasażerów. Gdy nie pomogło złowieszcze zgrzytanie i bębnienie, zaczęły puszczać uchwyty mocujące je do elementów nie mniej zawodnej karoserii. Pierwsza kolej przyszła na równoległe do osi pojazdu długie rury przymocowywane do sufitu. Jak tylko zaczepy puściły, pasażerowie cały czas trzymali poręcz. To sprawiło, że rura jak lanca poleciała przeciwnie do kierunku jazdy zatrzymując się w czole starszej kobiety.

Trup. Oczy zaszły bielmem. Metalowa poręcz twardo tkwiła w czole i z tego miejsca powoli wyciekała cienka stróżka ciemnej, demonicznej krwi. Jako że zabita kobieta miała dużą objętość własną, współpasażerowie ? sądząc, iż nie będzie zainteresowana dalszą podróżą ? postanowili usunąć ją z autobusu. Drzwi były otwarte (a raczej ich nie było), więc nic nie stało na przeszkodzie by plan ten zrealizować. I kilku zwinniejszych podróżnych, wyjąwszy wbitą w czoło poręcz, po kilku minutach tego dokonała.

Miejsca w 310 zrobiło się odczuwalnie więcej. Ciężko jednak powiedzieć dlaczego. Nie dalej niż po sekundzie od pozbycia się trupa wyleciała reszta drzwi i pasażerowie zaczęli nagminnie opuszczać pojazd w trakcie jazdy. Za nic mieli sobie tabliczki ostrzegające przed tym czynem umieszczone nad drzwiami oraz piętnujące takie zachowania kary. Ci, którzy mogli się przytrzymać poręczy, pamiętając o wydarzeniach sprzed kilkunastu minut, nie korzystali z tego przywileju i sami bezwiednie ulatywali w czarną przestrzeń.

Liczba wysypujących się przez luki drzwiowe podróżujących szybko dorównała liczbie wylatujących części autobusu. Nie minęło pięć minut, gdy burzowym hukiem oderwał się pierwszy fragment dachu. Po chwili pruł się jak stare płótno. Siedzenia sypały się jak śrubki z podwozia. Wnętrze autobusu zachowywało się jak roszczelniony kadłub spadającego z wielką prędkością samolotu odrzutowego, zaś z zewnątrz 310 przypominało spalającego się w orbicie satelitę. Dziwiło mnie, że udawało mi się utrzymać wewnątrz pojazdu. Być może to usilna wiara w przeżycie? A może mój uchwyt, przymocowany do kabiny kierowcy, jako jedyny przytwierdzony był stalowymi, a nie rzeźbionymi w plastiku, śrubami? Tak czy inaczej żyłem. Oprócz mnie pozostały jeszcze dwie osoby. Zajrzałem przez dziurę w dykcie do kabiny kierowcy? pomyłka. Żyłem tylko ja. Kierowca siedział martwy, z głową przechyloną na bok. ?Pewnie zawał?? ? pomyślałem. Najwyraźniej nie wytrzymał jazdy z zawrotną prędkością 50 km/h. Zabójcza prędkość. Dobry tytuł na film o tych mrożących krew utajoną wydarzeniach.

Wydawało mi się, że moje przerażenie sięgnęło już zenitu. Rzeczywiście, serce waliło jak młot pneumatyczny, oczy wyłaziły z orbit? Skakać, czy nie skakać? Spojrzałem w kierunku bezwiednie leżących ciał martwych współpasażerów. Odpowiedź nasuwała się sama. Ale to nie był koniec niespodzianek. Nagle posłyszałem jakby strzały z karabiny maszynowego. Były to nity, którymi przymocowana była podłoga, zaczęły wystrzeliwać w górę niczym z CKM-u. Poły podłogi uniosły się błyskawicznie i po kilku chwilach uleciały w siną dal przez otwór, który kiedyś zasłaniał dach autobusu.

Przerażenie ustąpiło miejsca ciężkiemu zdziwieniu. Pod podłogą ujrzałem grupę ok. stu murzynów napędzających pojazd niczym średniowieczną barkę. Nie mogłem oderwać wzroku ze zdziwienia i któryś z niewolników komunikacji zauważył moje wlepione w niego oczy. Chwilę patrzył, po czym pełnym majestatu głosem oświadczył: ?Co się kurwa gapisz? Murzyna nie widziałeś rasisto pierdolony????. Zdębiałem do reszty. Jakieś poruszenie obudziło się wśród pracujących. Rozgorzała ostra dyskusja w im tylko znanym języku. Po chwili jeden wstał i chwyciwszy złom, jaki został po nadwoziu 310, ruszył wolnym, lecz stanowczym krokiem w moją stronę.

Autobus stanął. Napęd się obraził i żądał krwi. Powolutku, trzymając się kurczowo kabiny kierowcy, rozpocząłem akcję ratunkową, polegającą na ewakuowaniu się z 310. Byłem już o krok od wyjścia, gdy tłum murzynów przekroczył moje zdolności do zliczenia ich. Wtem pierwszy z nich, wysunięty na czoło grupy, krzyknął waleczne hasło i ruszyli na mnie jak harty na zwierzynę.

Biegłem przed siebie nie wiem jak długo, ale chyba udało mi się ich zgubić.

Obudziłem się rano związany pasami. Pielęgniarka powiedziała, że darłem się przez pół nocy wykrzykując ?j...ć Grodzisk!?, ?ch...j w d...ę murzynom!?, ?j...ć 310!?, ?ratunku!!!? itp., itd. ... Dostałem trzy razy haloperidol 3mg, ale nawet najwyższe dawki nie pomogły. Dopiero po dwukrotnym podaniu klozapiny 50 i 100mg zasnąłem jak małe dziecko. Zostałem uratowany! Ale trudno powiedzieć na jak długo. Kto wie czy banda murzynów nie dopadnie mnie dziś jutro czy pojutrze w nocy? W końcu każde dziecko powie im jak się dostać do IPN-u? Więc pamiętajcie ? strzeżcie się. Murzynów. I 310.

dedykuję Michałowi G.

POSŁOWIE

Niedługo po napisaniu tego tekstu, ZTM wziął chyba sobie do serca moje opowieści i... upgrade'ował 310 do linii przyspieszonej 410. Rok później PKS Grodzisk Mazowiecki wysupłał fundusze (chyba dostali wsparcie z Unii) i zakupił rząd nowych autobusów Scanii. O starym 310 przypominają tylko nieliczne jelczowskie wtyczki - o ile jeszcze jeżdżą, bo przyznam się, że zmieniłem miejsce zamieszkania i ostatni raz jechałem tą linią chyba 4 lata temu.

Michał

Wersja do druku