Historia palcem na wodzie pisana...

Czyli skąd wzięły się Stawy Raszyńskie

Skąd wzięły się stawy znajdujące się na pograniczu Raszyna i Falent? Cóż... Pytanie to dręczyło mnie już od kilku lat, a nie skłamię mówiąc iż odkąd przybyłem i osiadłem w tych stronach, w posępne, zimowe wieczory spędza mi sen z powiek. Mówią, że ciekawość pierwszym stopniem do piekła, jednak moja natura już taka, że przed zaspokojeniem jej żaden zakaz boski ni ludzki mnie nie uchroni. Dlatego też począłem szukać i szperać wszędzie tam, gdzie tylko miałem dostęp. Niestety, wiedza nasza jako ludzkości o tymże miejscu jest cały czas niekompletna i miejscami fragmentaryczna, jednak z pomocą odrobiny wyobraźni mogłem chociaż w małym procencie uleczyć moją chorobliwą ciekawość. A rzec muszę, iż wyniki moich dociekań były nader interesujące.

Wszystko wskazuje na to, że swój najdalszy początek tak zwane Stawy Raszyńskie mają mniej więcej w VIII wieku przed naszą erą. Okres ten najbardziej znany jest nam jako czas powstania Rzymu oraz burzliwego rozwoju śródziemnomorskich Polis. Mało kto jednak uwagę zwrócił na to, co działo się na terenach nam najbliższych, a mianowicie w Europie środkowo-wschodniej. Zapewne sprawką to tego, że niewiele z tego okresu ostało się zarówno w księgach, jak i w archeologicznych znaleziskach. Przez tereny obecnej Polski rozciągała się niekończąca się puszcza, która wprawiała ludzi w przerażenie i bynajmniej nie ze względu na naszą naturalną skłonność do lęku przed mrokiem, lecz dlatego iż las był od zarania dziejów idealną kryjówką dla zbójów i złodziei. Większość wędrujących grup czym prędzej udawała się w kierunku zachodnim i południowym, a rzadko która decydowała się na rozbicie dłuższej (np. półrocznej) osady pośród nie przemierzonych lasów, nie mówiąc już o osiadnięciu na stałe. Jednak były i takie. Do nich należało między innymi plemię Tam'talen, czyli wielbiących rośliny.

'Staw rozgrodzony - Zachód słońca'

Nie udało mi się znaleźć żadnej wzmianki o tym kiedy Tam'talenowie znaleźli się na naszych ziemiach. Najprawdopodobniej przybyli z okolic północno-wschodnich Chin lub Mongolii ok. IX wieku p.n.e. Ok 100-150 lat wędrowali po niekończącej się puszczy zakładając kilku- kilkunastomiesięczne osady opuszczając je jednak jak tylko tchnienie wiosny otarło się tą część starego kontynentu. Być może to właśnie sprawiło, iż wędrujący ludzie ze wschodu, szukający schronienia na zachodnich ziemiach, nazwali ich w swoim języku Bauwis, czyli znający puszczę. Możliwości wspólnego biwakowania razem z Tam'talenami była dla każdego przybysza darem niebios, gdyż znali oni las tak dobrze, że nawet grupy zbójeckie nie mogły się z nimi równać wiedzą dotyczącą lasu. Jednak zamknięty charakter plemienia Tam'talenów sprawiał iż nikt nie pozostawał dłużej niż na jedną noc w ich obozie. Było to prawo bardzo rygorystycznie egzekwowane ze względu na dbałość o pozostawienie wewnątrz plemienia wielopokoleniowych tajemnic (o których wspomnę później). Dlatego też, jeżeli kobieta wywodząca się z Tam'talenów nie będąca związana z mężczyzną zaszła w ciążę, była pozostawiana w puszczy na pastwę grup zbójeckich i dzikich zwierząt. Wracając jednak do sedna sprawy, właśnie gdzieś w VIII wieku przed Chrystusem Tam'talenowie odnaleźli tak długo poszukiwane, spokojne miejsce do założenia swojej siedziby i pałacu. A były nim okolice zawarte pomiędzy obecnym Raszynem i Falentami.

Żadne źródła nie podają jak wielu Tam'talenów przybyło w okolice dzisiejszych Stawów Raszyńskich, lecz z moich wyliczeń wynika, iż była ich niezliczona jak na owe czasy liczba, mianowicie ok. 900 osób (w tym kobiety i dzieci). Wydaje mi się iż jest to fakt godzien zwrócenia uwagi, gdyż tak duża liczba ludzi dała możliwość wybudowania dużej osady pozwalającej z jednej strony na obronę przed najeźdźcami (których nie brakowało wtenczas) a także na rozwój społeczny. A przyznać trzeba iż dzieło to było wielkie, któremu absolutnie żadna z dotychczas zbudowanych wieży Babel nie dorastała do pięt. Otóż Tam'talenowie nie na darmo nazywali się "wielbiącymi rośliny". Wyrażała się to również, a może przede wszystkim, w ich sposobie budowania. Darmo szukać będziemy na terenie ich dawnych świątyń kamieni lub żelaza podtrzymującego stropy. Najprawdopodobniej jeszcze ze swych pierwotnych ziem przywieźli tajemnicze drzewa, które potrafili wedle własnej finezji i wyobraźni formować i właśnie ich, a nie cegieł, użyli do stworzenia swojej imponującej posiadłości. Nazywali je har i była to jedna z ich rodowych tajemnic. har rosły szybko zarówno na grubość jak i na wysokość, a co więcej mogły wyrosnąć nawet na ubogiej glebie. Tam'talenowie jednak nie tylko szukali terenu spokojnego, ale także podmokłego i żyznego, a to sprawiało, że hary rosły jeszcze szybciej. Ale nie jest to jedyny cud architektoniczny będący dziełem tego niezwykłego plemienia. Nie należy spodziewać się, iż Tam'talenowie tworzyli przy pomocy harów i innych roślin wielokondygnacyjne "wieżowce" wysokością odpowiadające obecnym drapaczom chmur. Na powierzchni ziemi znajdował się dwuszeregowy, bardzo szczelnie utkany harami mur obronny, jednak za nim rozpościerały się miast wież, strażnic, domów czy świątyń ogrody. Wszystko dlatego, że całe swoje życie plemię to spędzało pod powierzchnią ziemi.

'Staw Raszyński'

Tam'talenowie dobrze wiedzieli, że o ile pilnie pielęgnowane hary są w stanie zapewnić im niemalże perfekcyjną obronę przed nieprzyjacielem, o tyle przed zimą zabezpieczają trochę gorzej niż płótno przed deszczem. Jednak kilka metrów po powierzchnią ziemi mróz ustępował i sprzyjające warunki geotermiczne (przy wyborze miejsca osady również to zostało wzięte pod uwagę) sprawiały że panował tam latem przyjemny chłód, zaś zimą kojące ciepło z rzadka podsycane skromnymi ogniskami (tu muszę wspomnieć iż Tam'talenowie wystrzegali się jak mogli używania drewna do rozpalania ognia i płomienie trawiły polana tylko podczas wyjątkowych mrozów). Oczywiście to nie była jedyna rzecz, która powaliła mnie na kolana, kiedy się o niej dowiedziałem. Ponieważ hary podtrzymujące stropy i ściany wewnątrz tych gigantycznych piwnic potrzebowały wody i światła do życia, stworzono niewyobrażalnie skomplikowane sieci nawadniające i naświetlające. Dziś, kiedy upowszechniona została w całej Europie energia elektryczna, pompy i lampy, możemy nie zdawać sobie sprawy jak wielkim osiągnięciem technicznym był ów system. Do nawadniania użyto małej rzeczki, nazwanej przez Tam'talenów Salve, czyli rzeka życia (dziś najprawdopodobniej jest to Raszynka, ale równie dobrze rzeka ta mogła zmienić kierunek, lub nie ma jej już wcale), gdyż rzeczywiście to dzięki niej wszystkie hary znajdujące się pod powierzchnią ziemi miały zapewnioną niezbędną ilość wody. Dodać muszę, że przyrost roczny tych drzew budulcowych można było regulować właśnie ilością doprowadzanej wody. System nawadniający musiał więc być niesamowicie skomplikowany ze względu na zapewnienie pełnej regulacji wysycenia gleby tą najpospolitszą ale i życiodajną cieczą na poziomie mechanicznym. A jak była ona transportowana? Oczywiście nie było żadnych rur. Z góry na dół oraz po poziomie woda rozprowadzana była w żłobionych w drewnie, półotwartych kanałach. W zależności od tego, gdzie miała być skierowana, stawiano na nich odpowiednie zastawki, kierujące wodę w odpowiednie miejsce w tych katakumbach. Nie wykorzystana woda spływała ponownie do głównego pionowego kanału, który łączył się ze znajdującą się na najniższej kondygnacji dnie studnią zbiorczą. Woda z niej odprowadzana była na powierzchnię poprzez ogromne rośliny zwane Pontalovehinis, czyli wciągające wodę na górę. Roślina ta osiągała niesamowite wysokości i posadzona na dnie zawsze wyrastała nad powierzchnię ziemi. U szczytu nacinano jej wiązki przewodzące tak, że woda wylewała się z niej ciągłym strumieniem do uprzednio przygotowanych kanalików odprowadzających.

Jeżeli zaś chodzi o system naświetlający to jest to zagadka dla prawdziwego geniusza, gdyż do tej pory nasza nauka nie znalazła jeszcze wytłumaczenia jak udało się tego dokonać. Na pewno otworów w glebie nie było wiele, gdyż to niweczyłoby całą ochronę przed mrozem, a warto wiedzieć, że pod ziemią rośliny były hodowane zarówno latem, jak i zimą. Światło miało swoje specjalne słoneczne kanały które porastały od wewnątrz tajemnicze rośliny Gangras. Ich cechą charakterystyczną były liście mające zdolność do odbijania, niczym lustra, światła słonecznego. Niestety ze względu na to że nie znamy obecnie żadnego gatunku choćby cieniem przypominającego Gangras, ciężko mi wytłumaczyć jak to możliwe. Być może pod bardzo cienką tkanką nabłonkową występowały duże krople wody, ale równie dobrze liście mogły być pokryte jakimś specjalnym rodzajem wosku odbijającym strumienie światła. Tak czy inaczej niesamowita znajomość botaniki, połączona z inteligencją i wyobraźnią sprawiły, że kiedy tylko słońce wzniosło się ponad horyzont, wszystkie pomieszczenia w tym podziemnym pałacu wypełniały się światłem słonecznym.

Tak z biegiem lat, Tam'talenowie coraz bardziej zagłębiali się pod ziemię do tego stopnia, że w szczytowej fazie rozwoju ich kultury, ten olbrzymi podziemny pałac liczył sobie 10 kondygnacji rozciągniętych na powierzchni około 90 hektarów! Choć wydaje się to nieprawdopodobne, to należy pamiętać, że cały ten obszar musiał pomieścić nie tylko sypialnie i kuchnie, lecz także pola pszeniczne będące swoistym skarbcem tego roślinnego królestwa. Działo się tak za sprawą przedziwnej waluty jaką było ziarno pszeniczne, czyli w tamtejszym języku Serum Case. Należy zaznaczyć, że chleb pszenny o ile nie jest niezbędny w jadłospisie człowieka, o tyle Tam'talenowie uważali go za jedzenie święte. Białe pieczywo było symbolem pojednania, jedności z przyrodą i słońcem (gdyż na te dwie siły Tam'talenowie dzielili świat). Religijnym obowiązkiem było przyjęcie chleba pszennego przez umierającego, wręczenie go pannie wstępującej w związek małżeński, podania go gościowi wstępującemu w progi (być może to stąd w Polsce tradycja witania chlebem i solą). Ponadto był pożywieniem niezwykle smacznym. Niestety nie udało mi się dociec jak był przyrządzany. Wiem natomiast, że z początku właścicielem wszystkich pól pszenicznych był najwyższy dostojnik plemienia Tam'talenów (odpowiednik naszego namiestnika królewskiego- wierzono iż jest on wysłannikiem na ziemię prawdziwego króla Tam'talenów, czyli słońca). Jednak chcąc nagrodzić najlepszych i najdokładniejszych z budowniczych podziemi, wprowadził podział klasowy, zaczął nagradzać tytułami niosącymi za sobą także posiadłości "ziemskie", w postaci pól pszenicznych. Wartość jednego Serum Case była różna i zależała głównie od liczby ludności i pory roku. Dla przykładu - przed pierwszym dniem wiosny, kiedy Tam'talenowie tradycyjnie dzielili się chlebem pszennym, wartość jednego ziarna rosła gwałtownie. Urodzaj nie miał tutaj większego znaczenia, gdyż podziemne pola obsadzane były stopniowo i stopniowo także dokonywano żniw.

Nie wiem czy roślinę nazwaną przez Tam'talenów Salarbe przywieźli oni ze sobą, czy też jej ziarno zostało odnalezione podczas drążenia jednej z podziemnych komnat. W dosłownym tłumaczeniu jest to drzewo życia, będące nieprawdopodobnym dziełem natury, którego chyba już nigdy nie zdołamy odkryć. Miało ono białą, półprzezroczystą korę oraz nie posiadało liści. Gdyby spojrzeć na nie od strony podziemnej jak i nadziemnej, najpewniej korona korzeni byłaby podobna do korony gałęzi. Działo się tak dlatego, że drzewo to nie potrzebowało światła do życia, zaś żywiło się energią pozyskiwaną z ziemi. Ponadto w mroku najcieńsze odnóżki gałęzi świeciły nikłym, acz ciepłym światłem, które jak remedium koiło lęk przed ciemnością. Nie potrafiący wytłumaczyć sobie tego zjawiska Tam'talenowie od razu okrzyknęli drzewo świętym i z biegiem lat przypisali mu nieprawdziwą właściwość obdarowywania kobiet nowym życiem i uzdrawiania nieuleczalnych chorób (stąd jego nazwa). Salarbe zastąpiło hary na najniższych kondygnacjach oraz w przejściach i tunelach, do których nie prowadzono kanałów świetlnych.

Rzecz jeszcze muszę wspomnieć o ogrodach Tam'talenów, gdyż w tej dziedzinie osiągnęli oni perfekcje niezrównaną. Ciężko mówić o "słynności" tego plemienia w świecie w ogrodnictwie, gdyż było ono zamknięte i rygorystycznie przestrzegano zarówno zakazu wejścia do plemienia, jak i wyjścia z niego. Najprawdopodobniej jednak ogrody Konstantynopola były dziełem któregoś z dalekich potomków Tam'talenów. Ogrody porastały zawsze powierzchnię ziemi otoczoną szczelnym murem harów. Ich pielęgnacja należała do naturalnego prawa i obowiązku zarazem każdego członka plemienia. Jednak samo przebywanie i troska o kształt tego sanktuarium przyrody było dla każdego z nich wydarzeniem sprawiającym wiele radości i mawiało się, że szczęśliwym jest ten kto w pocie czoła może pracować w ogrodach. A były one piękne o każdej porze roku. Latem pełne szumiących wodospadów w oczkach wodnych oraz kolorowych owoców dostępnych dla wszystkich, jesienią pełne barwnych liści ścielących się u stóp, zimą obfitowały niezmąconą ciszą kojącą rany duszy, zaś wiosna dodawała im z każdym rokiem więcej energii i życia. Ogrodnictwo było dziedziną, w której Tam'talenowie posiedli wiele umiejętności do dziś nawet nie znanych, a których strzegła plemienna tajemnica (ach, gdyby tak Falenty dalej były słynne z ogrodnictwa...).

Tak przez kilkaset lat w umiarkowanej obfitości wzrastało niewyobrażalne królestwo Tam'talenów, w którym czas spędzało się na pielęgnacji roślinności i rozmowach w ogrodach. Życie płynęło dość powoli a czas był dyktowany przez zmieniające się pory roku i kalendarz botaniczny. Jednak wszystko co się urodzi musi mieć swój koniec i to nietykalne ziemskie prawo dotknęło także Tam'talenów. Z biegiem czasu, kiedy życie toczyło się stabilnie, bez przykrości ze stron zewnętrznych, przestały się rodzić dzieci, choć starsi umierali z taką samą częstotliwością, co sprawiło że zaczęło brakować ludzi do konserwacji i naprawy urządzeń publicznych, takich jak system wodny czy słoneczny. Namiestnik królewski rozprzedał całą pszeniczną ziemię szlachcie w zamian za liczne przywileje obyczajowe, społeczne i religijne, np. za prawo mianowania siebie królem, a nie tylko namiestnikiem. Jednocześnie nastąpiło typowe dla schyłku cywilizacji wzgardzenie obyczajami i tradycją. To pociągnęło za sobą coraz mniejszy popyt na chleb pszeniczny, a przez to wartość waluty gwałtownie spadła. Suma sumarum skutkiem tego ogrody nieco zdziczały (aczkolwiek wytrwali obrońcy tradycji nie zapominali o konieczności pielęgnacji tychże), zaś w murach harowych porobiły się luki. Dlatego też nieznane przez najeźdźców królestwo Tam'talenów stało się widoczne. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że to niesamowite piękno tych lekko zdziczałym ogrodów sprawiło, że barbarzyńcami zawładnęła straszliwa żądza zniszczenia. Z początku miast było oblegane kilka miesięcy bez rezultatu. Honorowa gwardia łuczników licząca pięćdziesięciu władających strzałą, dość skutecznie odstraszała tubylców. Jednak plotka o rzekomych niezliczonych bogactwach kryjących się w podziemiach królestwa plemienia wielbiącego rośliny rozniosła się bardzo szybko. Już po miesiącu kilkunastu barbarzyńców przybyło z toporami do rąbania murów obronnych. Hary posiadały bardzo twarde drewno, dlatego też trwało to wolno, lecz prace postępowały. Widząc nieuniknioną klęskę, ówczesny król Tam'talenów (nazwany później Ceberlad'har, co dosłownie można przetłumaczyć jako "zapomniał o harach") w obawie przed wydaniem w ręce wroga tajemnicy plemiennej, nakazał kobietom i dzieciom schronić się na najniższej kondygnacji centralnego pałacu. Schronienie odciął od świata, lecz także od wody, a to sprawiło, że podtrzymujące tam strop Salarbi stały się kruche i sklepienie runęło nie zostawiając przy życiu nikogo. Kiedy pozostali dowiedzieli się o tym co zrobił ich król, zawładnęła nimi ogromna nienawiść, która przewyższyła ból. I kiedy kłócili się jaką śmiercią ma zginąć tak, aby zadać mu jak największy ból, wkroczyli do miasta barbarzyńcy i wycięli wszystkich w pień.

Tam'talenowie nie posiadali pisma. Aż dziw bierze, że tyle potrafili tak wyćwiczyć wyobraźnię by pomieścić we własnej głowie tak skomplikowane plany architektoniczne oraz wiedzę botaniczną. Postępek króla, nie dość że haniebny, to jeszcze nie był potrzebny. Cóż bowiem tubylcy mogli zrozumieć z ich pełnego gracji, wypracowanego na ogrodowych rozmowach języka. Tak czy inaczej, wrogowie zdobywszy całą posiadłość zaczęli zabierać się do łupienia jej. Jednak nie znalazłszy ni złota ni bursztynów, nakazano zrównać wszystko z ziemią. W tym miejscu pomysłowość najeźdźców była niestety na tyle duża, że nie tylko zniszczyli przepiękne ogrody, lecz także zmienili bieg Sal-vet tak, aby pozalewała stopniowo całą posiadłość. Zdobywanie jak i niszczenie królestwa Tam'talenów pochłonęło wiele ofiar ze strony barbarzyńców. Łatwo chyba sobie wyobrazić więc jak wielką była ich wściekłość, gdy okazało się, że nie odnaleźli w nim żadnych kosztowności. A wszystko za sprawą jednej tylko plotki... Oblężenie to opisywał grecki historyk Harpharon, lecz o tym co znajdowało się za murami harów wspomniał tylko, że nie będzie opisywał tych cudowności, gdyż jego przyjaciele z zawiści wyłupią mu oczy".

Z biegiem lat tereny te zamieniły się w stawy, potem w jeziora. Kiedy przyszło do budowania traktu królewskiego biegnącego z Krakowa do rodzącej się Warszawy, zmeliorowano część tych ziem celem przeprowadzenia tamtędy drogi. Jeden z architektów wyraził się, że zdążać do Warszawy i nie zobaczyć Falent, to jak pojechać do Italii i nie zobaczyć Neapolu. Z nieznanych powodów tereny tamte porastały nieznaną i niespotykaną nigdzie ni w Koronie ni na Litwie roślinnością - tu cypryśnik, tam tuja, tam znowuż miłorząb. Jednak czas i tutaj dał się we znaki. Większość roślin przyprowadzona w te tereny przez Tam'talenów, wymarła tak jak i to zapomniane plemię. Dziś tereny te porastają jedynie szumiące olchy i topole i tylko gdzieniegdzie pojawia się nie pasująca do tego moczarowego krajobrazu samotna brzoza czy jałowiec przypominająca o istnieniu pradawnej potęgi. Trakt krakowski zmieniono i przeprowadzono bocznie zostawiając w spokoju to małe i niepozorne sanktuarium potęgi przyrody. Całość objęto w 1975 roku rezerwatem przyrody, byśmy już za kilka- lub kilkanaście miesięcy mogli w bezpośrednim sąsiedztwie Stawów Raszyńskich oglądać nowy hipermarket...

Michał

Wersja do druku