Tytułem wstępu...

Jest to mój pierwszy, samowolnie popełniony tekst na piśmie, który światło dzienne ujrzał zimą 2000/2001. Tematem dzieła jest - znów! - PKS Grodzisk Maz. i obsługiwana przezeń linia. W owym czasie rozkład jazdy autobusów z Okęcia ułożony był tak, że niemalże w środku szczytu B występowała 20 minutowa luka w odjazdach do Raszyna. Pierwszym kursem po przerwie był 711 o godz. 18:20, w związku z czym autobus był zawszy nabity jak w butelkę. Na domiar złego obsługę tej linii przejął PKS Grodzisk Maz., a główny tabor tego przewoźnika stanowiły wówczas 30-letnie Jelcze-Berliety, jadąc którymi miało się wrażenie, iż jest to ich ostatnia droga przed złomowaniem. Ponieważ właśnie owej zimy miałem okazję często wracać o tej porze, zaistniała sytuacja odcisnęła niewyobrażalne piętno na mojej raczkującej jeszcze mózgownicy, efektem czego było spłodzenie poniższego dzieła.

Mroczne historie cz. 711

To byl jeden z tych zimnych listopadowych dni. niezmordowany kierowca podmiejskiego autobusu linii 711 o numerze seryjnym A-502 wlasnie wyruszyl na trase z Wiejskiej Zajezdni Autobusowej w Grodzisku Maz. Wyjechawszy na trase, powoli, lecz miarowo zaczal przyspieszac, by juz po godzinie jazdy uzyskac magiczna prędkość 50 km/h. Kierowca juz sikal w majtki ze strachu, ze przy tej szybkosci moze mu odleciec czesc karoserii. lecz obawy jego na szczescie sie nie potwierdzily. dojechawszy na pętlę autobusową "Okęcie", ubrał się w dres i wyszedl na poranna ćwiarę. zapowiadał się kolejny palny, listopadowy dzień...

Była to godzina 18:18... Nasz niezmordowany kierowca wlasnie wychodzil z dystrybutorni, aby o godzinie 18:20 wyruszyc zatloczonym autobusem w kolejny ogolnowiejski rajd naookolo Nadarzyna. Zabrawszy ze sobą ćwierć kilo pączków i dwie parówki, wsiadł do autbusu. Nie długo czekał. Ledwo położył rękę na kierownicy, a była już 18:20. i wtem zdarzyło się coś niesłychanego - burak sam z siebie zapalił. ludzie jeszcze próbowali się wbić do załadowanego ziemniakami busa, lecz ich próby skończyly się fiaskiem - drzwi z wielkim hukiem zamknęły im się przed nosem. "a dobrze wam tak!" - pomyślał usatysfakcjonowany kierowca podmiejskiej linii komunikacyjnej... lecz jego szczery jak kosiarka uśmiech szybko zrzedł gdy nagle, autobus ruszył. słychać było jescze parę buchającą z tłoków i węgiel sypany do pieca, a autobus pędził coraz szybciej. już dochodził do Pierwszej Prędkości Miejskiej (równej w przybliżeniu z lupą 10 km/h). wszyscy pasazerowie zgodnie swietowali pomyslny rozruch silnika. tymczasem kierowca ciagle nie mogl wyjsc z podziwu ze autobus sam jedzie, i co wiecej - PRZYSPIESZA!

I tak, w atmosferze wzglednego spokoju i panicznej radości, minely pierwsze 2 minuty jazdy gruchotem. jednak problemy dopiero mialy sie zaczac. kiedy autobus mijal przystanek "szyszkowa", jakis podstepny nazista i szpieg zapewne radziecki UMYŚLNIE wcisnal przycisk na zadanie. kierowca usidl wtedy za kierownica i zaczal powoli hamowac, aby wyrobic sie na nastepnym przystanku (autobus jechal juz 16 km/h co predkoscia jest dosyc niebezpieczna). a tu dupa! hamulec nie dziala, a autobus coraz bardziej przyspiesza! co z tym robic? przystanek "sworzniowa" przejechany, "stoicka" i "na skraju" tez... co z tym robic? - zastanawial sie nasz dzielny kierowca resorakow. oburzenie pasazerow roslo. na poczatku lecialy kasowniki, potem w ruch poszly uchyty do rąk, lampy... gdy w końcu autobus ominął z ponadświetlną prędkością 25 km/h pierwszy przystanek stały, w ruch poszły poręcze i siedzenia.

Było na prawdę źle. Kierwoca nie wytrzymał psychicznie i wyszedł na przeciw auto-żerczego tłumu, by oznajmić : "...Uwaga! Strzeżcie się! Autobus został opanowany przez zlego ducha. Nie mozemy nic zrobic tylko nic! Musimy uwazac!..." Wtem jakis śmialek wykrzyknął doń "koles, ile razy prowadziles autobus?". na to kierowca - "36". "A ile w tym autobusie?". Po chwili wahania, kierowca postanowił powiedzieć prawdę: "2. To jest mój drugi". Głośne "O KURWA!" pomknęło po ustach krwiożerczych pasażerów i odbiło się echem od ściany.

I wtem ten straszliwy nastroj przygnebienia przerwało mocne pierdolniecie. Nasz bohater spojrzał na licznik. jechali juz 52 km/h a gruchot ciagle przyspieszal. To moglo oznaczac tylko jedno - wlasnie odlecial zderzak. znowu uslyszal jakis gruchot. "To pewnie lusterka" - pomyslal. Ledwo wyszedl do tłumu oznajmić iż autobus zaczyna się rozsypywać, gdy spod jego nóg kawałek podłogi odleciał w bezkresną przestrzeń czarnego asfaltu. tylko zdolal krzyknąć "KURWA! SYPIEMY SIĘ!!!". wtenczas zaczęło sie najgorsze - turbulencje. autobus przekraczal prędkość dzwieku - 60 km/h. poręcze i siedzenia odbijały sie na przemian z ludzmi i kasownikami od zóltych scian autobusu. i wtem stalo sie najgorsze! wszystko zaczęło się maxymalnie trząść, i bum, trach, strach w oczach i ka bum bum bum!!! Ktoś jeszcze przytomny krzyknął - "dach odleciał! mamy wentylacje". No tak - pomyslał kierowca - skoro jest klimatyzacja jest, to ogrzewanie mogę wylaczyc. podszedl do kontrolki i wylaczyl przycisk "ogrzewanie"...

Kierowca przeszedl 3 kroki. Więcej nie zdolal. Wszyscy zamarzli na smierc i kosc. Klima jak widac nie zadzialala. No cóż, mowi się trudno. Tymczasem autobus ciągle gnał naprzód...

I tak pedzi do dziś. Ostatnio widziano go podobno w Piastowie, jako linia 717, ale są to tylko plotki niczym nie potwierdzone. Strzeżcie się jednak, abyście i wy nie trafili na autobus w ktorym kierowca przykleja buta gumą do żucia do pedału gazu i na autobus w którym za webasto robi swietna lodówka Polaru...

PS. 711 jeździ do dziś. Tylko "Okęcia" już nie ma - jest dziwoląg "P+R Al. Krakowska".

Michał

Wersja do druku