Z motyką na księżyc i z powrotem

*

Dumając tak nad własną bezczynnością postanowiłem ?coś? napisać. Dość już tych pseudohumorystycznych opowiadań, które nie mają nic wspólnego ni to z humorem, ni to z opowiadaniem. Dość rozwodzenia się godzinami nad własną moralną nędzą i materialną niedolą. Dość już udowadniania sobie że jestem lepszy od kogoś innego. Przyszedł czas by odpowiedzieć sobie na stosunkowo proste pytanie: po co? Tyle lat już siedzę bezmyślnie próbując wydusić z głowy kilka niezgrabnych zdań by potem, nie jak prawdziwy pisarz, cisnąć je potem do kosza, lecz skrzętnie zachować "bo może coś z tego urodzę w przyszłości". Koniec z płonną nieukonkretyzowaną wiarą w lepsze jutro, z pewnością wyższości dnia jutrzejszego nad wczorajszym, z naiwną wiarą w orzeźwiającą moc chłodnego poranka. Koniec. Tyle już rozczarowań one stworzyły, tyle łez nie wylanych zrodziły, że chyba najwyższy czas by z całą stanowczością i siłą odciąć się od tych dziecinnych przesądów i zacząć... tylko co? Nieufne i beznadziejne życie? I to być może.

To są słowa Johana, które znalazłem u niego na biurku pośród sterty małych karteczek leżących w totalnym bezładzie. Pech chciał bym ją przeczytał. W pierwszej chwili odłożyłem ją z powrotem na swoje miejsce, tak jak postępuje się z każdym zresztą dowodem rzeczowym. Poszedłem dalej zwiedzać jego duży, ciemny, powiewający biedą pokoik. Nie miał rodziny, nie znaleziono także żadnej książki z telefonami. Z obecnego punktu widzenia wiem, że powinienem był od razu zwrócić na to uwagę. Wtedy my, czyli cały zespół, potraktowaliśmy całe śledztwo rutynowo. Brak jakiejkolwiek rodziny odebraliśmy wszyscy z ulgą, nie ze zdziwieniem. Myślałem wtedy tylko na kogo zrzucić ten parszywy obowiązek powiadamiania bliskich o śmierci. To niby takie proste, a jednak powiedzenie tych kilku słów wymaga wewnętrznej kilkugodzinnej walki. Swego czasu o mało nie popadłem przez to w alkoholizm, gdyż za każdym razem gdy okoliczności wymagały poinformowania najbliższych o samobójstwie, nalewałem sobie pełną szklankę wódki, dla odwagi. Jak nie pomagało, dodawałem jeszcze jedną, potem trzecią, czwartą... Kończyło się zazwyczaj na tym, że budziłem się rano na podłodze przy telefonie, oczywiście zadania nie wykonawszy. Wtedy pełen nie ukierunkowanej złości na siebie szybko wykręcałem numer by oschło i lakonicznie oznajmić zdarzenie. Kapitan widząc co się święci dość szybko nakazał odsunięcie mnie od funkcji "powiadamiacza" i zlecił to jakiejś nowo przyjętej panience. Przez pewien czas miałem spokój. Starczyło akurat na tyle by odstawić wódkę i przerzucić się na papierosy. Jednak z czasem, jak widać jej także robota nie przypadła do gustu, zaczęło się wykręcanie, wcześniejsze uciekanie z pracy i koniec końców - znów spadło na mnie. Z tego właśnie powodu tamtego wieczoru cały nasz zespół odetchnął z ulgą.

Ale ?tamten wieczór? nie minął mi tak obojętnie. Coś było nie tak. Wszedłszy do mieszkania usiadłem na fotelu i położyłem jak zwykle moją prawicę na pilocie od telewizora. Tak minęła minuta, po czym stwierdziłem że nie mam ochoty na oglądanie uśmiechniętych kukieł. To tylko spotęgowało moje poczucie obecności jakiejś dziwnej pustki. Nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji. Po raz pierwszy od kilku lat dobrowolnie zrezygnowałem z wieczornego dziennika! Poszedłem do kuchni aby coś przekąsić, myślałem, że w ten sposób uda mi się odreagować tamten dzień. W końcu nic się nie stało, nie ciążył na mnie ten parszywy telefon do rodziny, nie będą pisać o tym w dziennikach, nikt się sprawą nie zainteresuje i nikt nie będzie próbował doszukiwać się jakichś nieprawidłowości formalnych. A jednak czułem jakiś narastający niepokój. Przygotowałem coś na zimno, wziąłem kęs. Mieliłem go w ustach dobre dwie minuty by i tak z trudem go przełknąć. Kanapkę wyrzuciłem. Nie miałem apetytu. Spróbowałem ukojenia we śnie jednak, jak na złość, ten nie chciał przyjść. Spojrzawszy na zegarek spostrzegłem, że jeszcze nie ma dziewiątej. Usiadłem więc na swoim legowisku. Było to zwykłe metalowe, jednoosobowe łóżko z nieco już zużytym materacem, coś na kształt tych które do dziś podziwiać możemy w większości miejskich szpitali. Zastanawiałem się co robić dalej. Wszelkie pomysły na spędzenie tamtego wieczoru, których miałem na pęczki, gdy marzyłem by znaleźć się już w domu stojąc w korku na Trasie Toruńskiej, prysły jak bańka mydlana. Wtedy kątem oka zauważyłem stojącą w przeszklonym barku półlitrową buteleczkę Wyborowej. Wzdrygnąłem się. Czułem, że przyszedł ten moment próby, o którym wspominał mi lekarz pomagający mi w rzuceniu alkoholizmu. Pokusa była tak silna... a panaceum na wyciągnięcie ręki. Choć one kurczowo trzymały się poręczy łóżka, jakaś wewnętrzna siła rwała mnie w kierunku kojącej butelki. Czułem, jak rozsadza mi ona pierś, jakby z klatki piersiowej niewidzialna dłoń wyrywała się w kierunku wódki. Powili moje dłonie zaczynało ogarniać mrowienie, potem delikatne szczypanie. W końcu uderzył mnie tak przenikliwy ból, że gwałtownie odwróciłem głowę od wódki i spojrzałem na swoje dłonie. Były całe w krwi. Tak kurczowo trzymałem się poręczy, że wbiły mi się sprężyny łóżka.

Z prędkością huraganu narzuciłem na siebie szarą kurtkę i wybiegłem z domu. Krew jeszcze grała w żyłach więc szedłem nie patrząc gdzie idę. Dopiero po kilkunastu minutach pospiesznego marszu zwolniłem tracąc siły na taki sprint. Byłem już daleko od domu, od czekającej w nim pokusy. Odległość ta wystarczała bym nie miał ochoty tam wracać. Przystanąwszy na chwilkę ponowiłem kroku, teraz już dużo spokojniej. Cały czas idąc jednak bez celu. Mój wewnętrzny niepokój został przytłumiony, jednak powoli i uparcie zaczynał narastać. Krążyłem tak chyba dobrą godzinę z głową zatopioną w mokrym już deszczem chodniku. Nie wiedziałem gdzie jestem, lecz to akurat najmniej mi w owej chwili przeszkadzało. By zapobiec zawrotom głowy, których wstępne objawy już zaczynały mnie dopadać dzięki tej dziwnej ucieczce przed jakimś nieznanym uczuciem, podniosłem oczy i aż przystanąłem ze zdziwienia. Byłem na ul. Konstancińskiej. To tutaj miał miejsce ten nieszczęsny ?wypadek?. Nieszczęsny? Po raz pierwszy użyłem tego określenia w kontekście samobójstwa. Tym razem to ja byłem owym ?nieszczęśnikiem?.

Ulica była ciemna, nieoświetlona. Ostatnie żarówki pamiętały chyba jeszcze Gierka, zaś pierwsze Gomułkę. Nic więc dziwnego że tylko gdzieś w oddali widać było żarzącą się mdłym światłem latarnię. To mi jednak nie przeszkadzało w dostrzeżeniu resztek dzisiejszej biało-czerwonej taśmy zabezpieczającej przed wścibskimi gapiami. Cóż, chwila i młodzież rozniesie wszystko. Gdyby zostawić tam gówno bez opieki, też z pewnością by je ukradli. W końcu darmo dają.

Podszedłem do na wpół opustoszałej, pięciopiętrowej kamienicy. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak kilka godzin wcześniej, gdy podjechałem tutaj razem z ekipą na niebieskim sygnale. Drzwi były tak samo otwarte, tak samo w domu nie paliło się żadne światło. Był to jeden z wielu budynków w Warszawie, którym prawem zasiedzenia dano możliwość egzystencji aż do ich naturalnej śmierci. Choć była to istna rudera, nie można było jej zburzyć, ponieważ była zabytkowa. Choć nie dało się tam żyć, wciąż rozdawano te mieszkania najbiedniejszym, gdyż na lepsze nasze miasto nie stać. Generalnie było to domostwo, które potrafiło obedrzeć z uśmiechu nawet najbardziej skorą do radości duszę doń wchodzącą. Połowa okien była wybita, mniej więcej taka sama część dachu była dziurawa i się zapadła. Jeden z kominów był nosił na sobie szeroką szczerbę będącą odciskiem czasu, drugi zaś zawalił się do wewnątrz ostatecznie klasyfikując połowę kamienicy, jako niezdatną do użytku. Po tych wstępnych oględzinach wszedłem do ciemnej klatki schodowej, doszedłem na ostatnie piętro i stanąłem pod drzwiami mieszkania numer 20.

Otrząsnąłem się. Przez chwilę nie wiedziałem gdzie jestem, lecz po tej chwili amnezji, przypomniałem sobie wszystko w najdrobniejszym szczególe. Nie wiedziałem ki czort mnie tam zaprowadził, ani też co za diabeł kusił mnie by wejść do mieszkania Johana. Było oczywistym, że w tej chwili wchodząc do cudzego lokalu ponad wszelką wątpliwość łamię prawo i staję się zwykłym złodziejem. Jeżeli policyjna ekipa chciałaby jeszcze zbadać jakiś szczegół, z pewnością przyłapali by mnie in flagranti na penetracji apartamentu w poszukiwaniu ukrytych skarbów. Nie ochroniłyby mnie żadne paragrafy, 20 lat nienagannej służby, stopień pułkownika ani protekcja kapitana. Wejście do środka byłoby czystym absurdem, jakąś dziwaczną chęcią zaspokojenia mojej ciekawości, której oznak nigdy nie okazywałem. Tylko przez chwilę przemknęła mi myśl na temat tego, co powiedzieliby moi koledzy z pracy. Czułem, że znowu zaczyna mi się kręcić w głowie, czułem ból w poranionych wcześniej dłoniach z powodu coraz mocniej zaciskanych pięści. Znów widziałem jakąś dziwną siłę tkwiącą gdzieś głęboko we mnie i usłyszałem swój głos cedzący (a może szepcący) przez moje zęby: ?muszę zobaczyć tą kartę?. To był koniec; tym razem przegrałem. W mgnieniu oka moje pięści się rozluźniły, zaś chłodnemu umysłowi został dostarczony najsmaczniejszy dlań kąsek ? racjonalny argument.

Nie czekając wykonałem przekonywujący ruch barkiem wobec drzwi. Te odskoczyły bez problemu. Moi ?specjaliści?, jak często określam tych kretynów w białych fartuchach, zapomnieli zamknąć drzwi na klucz. Przed oczyma zjawił się dość ciemny pokój w którym unosił się nieprzyjemny lecz nie uciążliwy zapach starości. Nie było potrzeby włączania światła. Księżyc roztaczał swe blade promienie przez południowe okno tak, że bez trudu dostrzec można była nawet najdrobniejsze szczegóły w ornamenturze jeszcze przedwojennego umeblowania. Wszystko stało w identycznym porządku, w jakim zastałem mieszkanie kilka godzin wcześniej. Ten sam stos bez ładu rzuconych na biurko małych, pozapisywanych kartek, ta sama dębowa, pamiętająca Sanację szafa... Jakby dom czekał na przybycie spóźnionego właściciela. Tylko kilka plam czarnej krwi na jasnym dywanie napominało o tak niedawnej tragedii. Tragedii! Cóż za słowo?! Pierwszy raz odnoszę się w ten sposób do samobójcy! Idiotyzm, choroba umysłowa, głupia śmierć, niedojrzałość emocjonalna, nieudana próba zwrócenia na siebie uwagi... te wszystkie określenia zastępuję przejmującym i pełnym patosu imieniem Tragedii. Coraz bardziej zaczynam się dziwić, tym bardziej, że dziwię się samemu sobie, nie zaś ślepemu losowi, który do tej pory nigdy nie dał mi najmniejszych podstaw do uważania go za zrozumiały.

Po tej krótkiej chwili zamyślenia mój wzrok bezładnie wcześniej błąkający się po ścianach mimowolnie utkwił we wspomnianej stercie papierów leżących na prostym biurku. Podszedłem doń by przyjrzeć się im bliżej i poszukać tej nieszczęsnej karteczki, która wyprowadziła mnie z domu aż tutaj. Po chwili nie ukierunkowanego grzebania w makulaturze zapał nieco ostygł. Wszystkie kartki były wyrwane z tego samego notesu przypiętego do tablicy korkowej nad biurkiem. Choć czytałem tylko pierwsze słowo z każdej krótkiej notki szybko pogubiłem się i tempo poszukiwań spadło kilkunastokrotnie. Odsunąłem krzesło i dyskretnie na nim usiadłem, a raczej oparłem się pośladkami o jego rant. Trzeba było zastanowić się jak skutecznie przeszukać to swoiste archiwum. I tak, podczas tych raczej luźnych rozmyślań dostrzegłem, że na odwrocie większości kartek jest jakaś data. Na każdej widniała inna. Natychmiastowo niemal wysunąłem przypuszczenie, że wszystkie zapiski zostały opatrzone przez autora czasem powstania. Nie wiem skąd zrodziła się we mnie pewność słuszności tej hipotezy ponad wszelką wątpliwość. Z dzisiejszego punktu widzenia powinienem był chwilę rozważyć, czy mam prawą z taką determinacją i uporem uważać ją za prawdziwą. Wtedy jednak pochłonął mnie ogień ciekawości, która w całym zdarzeniu doszukiwała się jakiejś zagadki lub szyfru. Był to więc pierwszy ślad na tropie. Przedziwnym, gdyż wiodącym w nieznaną otchłań. Przez 20 lat służby, obcowania z samobójstwami niemalże na codzień, żadne z nich nie było powodem do wszczęcia jakiegokolwiek postępowania, do rozpoczęcia jakiegokolwiek procesu sądowego, nie licząc spadkowego. Zmarli zazwyczaj nie budzili żadnych podejrzeń, nigdy nie byli notowani, nie figurowali w policyjnych kartotekach. Pod tym względem dzisiejszy wypadek nie był wyjątkowy. Po wejściu do pokoju razem z policyjną ekipą, mój kolega widząc rzeczoną stertę papierów z przekąsem zamkną sprawę w dwóch słowach: ?kolejny, poëta?. Zresztą, cała atmosfera mieszkania, a także odnaleziona przeze mnie kartka wskazywały na trafność tego stwierdzenia. Cóż więc oczekiwałem odnaleźć doszukując się sensu w tych nieuporządkowanych bazgrołach? Rozwiązanie jakiej zagadki chciałem sobie przypisać? Zdumienie i zaduma powoli opanowywały mnie jeszcze bardziej niż ciekawość.

Na podłodze było sporo miejsca. Pokój był dość duży i przestronny. Od góry białe ściany pokrywały wilgotne nacieki spowodowane dziurawym dachem, od dołu zaś obłożone były wzorzystą tapetą ciemnego koloru. Nie przyjrzałem się jej podczas oględzin. Teraz zaś księżycowe światło nie pozawalało mi określić dokładnie ich koloru. W ich wnękach znajdowały się trzy okna ? jedno od strony południowej, dwa zaś od wschodniej, wychodzące na ulicę. Żadne z nich nie było przysłonięte ani firanką, ani zasłoną, pomiędzy nimi zaś stało stare, brzydkie biurko pokryte ciemną okleiną nieciekawego koloru. Łóżko ustawione było przy ścianie zachodniej, tak by poranne światło oświetlało twarz na nim śpiącego. Wziąwszy z biurka kilka kartek, przysiadłem na nim i rozpocząłem rozkładanie ich na podłodze, zakrywając ich treść dla oczu, jednak odsłaniając im ich stempel czasowy. Pierwsza z nich powstała czwartego stycznia 2003 i ułożyłem ją w lewym rogu dywanu, a by lepiej ją widzieć przysunąłem ją ku światłu. Chcąc porównać jej datę z obecną wyciągnąłem lewą rękę i spojrzałem na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy. Była to najodpowiedniejsza pora do wyjścia. Nie czułem się bynajmniej senny, jednak świadomość nadchodzącego świtu budziła we mnie obawę spostrzeżenia mnie przez jakiegoś natrętnego gapia poszukującego nocnych sensacji. Zostawiając ten kawałek papieru na podłodze, cichutko wymknąłem się wpierw przez drzwi do mieszkania, potem przez frontowe budynku. Stąd umiarkowanym krokiem doszedłem do domu, gdzie już bez problemu pogrążyłem się we śnie.

*

Kolejny dzień zapowiadał się już normalnie. Obudził mnie jak zwykle jakiś nieprzyjemny sen pięć po siódmej. Zaspanym wzrokiem powiodłem jak zwykle po swoim pokoi by zatrzymać go na przeszklonym barku, w którym zamknięta była butelka ?Wyborowej?. Jak codziennie powiedzonkiem ?nie teraz, malutka? odciąłem się chłodno od powabu ukochanej i zmusiłem się do podniesienia z legowiska. Sięgnąwszy do kieszeni marynarki, wygrzebałem z niej mocno pogniecioną paczkę papierosów i wyjąłem z niej jeszcze mocniej pogniecionego papierosa. Usiadłem w fotelu kładąc rękę na pilocie. Włączyłem telewizor. Wszystko było więc w normie, zapowiadał się zwyczajny, nudny i nieszkodliwy dzień. Za oknem sierpniowe słońce dawało po woli do zrozumienia, że i tego dnia nie odpuści popołudniowego skwaru. Nie znoszę upałów, jednak tamtego dnia nie zdołał mi on popsuć dobrego nastroju, w który wprawiło mnie odprężające uczucie stałości, poczucie silnego gruntu pod nogami. Poprzedniego dnia zachwiałem się, lecz nie upadłem. Wizyta w domu Johana była swego rodzaju katharsis, zaspokojeniem chorobliwej ciekawości, która wyprowadziła mnie z chłodnej równowagi utrzymywanej przeze mnie już od lat. Nie martwiłem się tym jednak zbytnio, szybko zarzuciłem rozmyślanie i pochłonęła mnie otchłań porannego programu w telewizji.

W którymś momencie przed popołudniowe wydanie dziennika mnie znudziło i zacząłem wodzić wzrokiem po pokoju. Traf chciał, by zatrzymał się on na telefonie. Rozmyślania zaczęły nękać mnie ponownie. Nie wykonałem wczoraj przecież telefonu! Dziwne uczucie targnęło mną ponownie. Nie byłem zobowiązany tego robić, nie było przecież do kogo dzwonić, komu oznajmić, że syn, mąż, wnuk, ojciec, matka, córka, żona popełniła samobójstwo. Nienawidziłem z całego serca tego zdania, nie mogłem zdzierżyć bezładnie opadającej słuchawki, nie potrafiłem nigdy zdobyć się na wysłuchanie do końca rozpaczliwych oskarżeń o kłamstwo, a jednak? kiedy tego mi zabrakło, tęskniłem za tym. Poprzedniego dnia odetchnąłem z ulgą. Dziś coraz bardziej mnie to przerażało. Zrodziła się we mnie nigdy nie zauważana przez moją osobę empatia nakierowująca moje myśli ku ciału Johana. Pewnie leży teraz w państwowej trumnie a za moment zostanie wrzucony do dołu na cmentarzu Południowym. Ksiądz pokropi, grabarz splunie i obrządek dokonany. ?Ostatnia posługa?, jak to się gdzieś tam nazywa. Nad bryłą ziemi zawiśnie tabliczka ?N/N? lub też ?tu spoczywa N/N, zmarły 8 8 2004?. Imię jego ulotni się w tą samą stronę co jego dusza, nie zostawiając nawet śladu na tym pomalowanym kawałku żelaza. Przerażający nieco ten pogrzeb, na którym nawet niebo nie zapłacze. Przemowa o odchodzącym w kwiecie wieku młodzieńcu zastąpią tylko ciche przekleństwa chowających go do grobu dryblasów. Ale, czy ktokolwiek wiązał z nim jakiekolwiek nadzieje? Z pewnością on sam, jednak gdy jej zabrakło, śmierć fizyczna stanowiła zaledwie czystą formalność, własnoręczny podpis na karcie bezsensownego życia. Marny koniec. I marne życie.

Mój poranny dobry humor prysł. Znów delikatne uczucie wyabstrahowania zawisło nad moim sercem. Szczęściem zbliżała się godzina jedenasta i czas był najwyższy wyjść wreszcie do pracy. Pewnie czekała mnie tylko papierkowa robota związana ze wczorajszym samobójstwem, której nie zdążyłem wykonać. Wraz z myślą, że mogę się jeszcze zamienić w bezduszna maszynę poprawił mi się nastrój. Dokończyłem kawę, czwartego papierosa, umyłem zęby w już narzuconym palcie i wyszedłem zamknąwszy drzwi na cztery spusty.

*

Do Działu Samobójstw trafiłem na początku ?98 roku. To jest właściwie początek jego historii. Utworzony został w związku z narastającą falą targnięć na własne życie. Wtedy właśnie Komenda Stołeczna Policji zdecydowała się na utworzenie właśnie tej jednostki. W jej wczesnej młodości stanowiłem cały skład. Kapitan, sekretarka i detektyw w jednej osobie. Dlaczego padło akurat na mnie? Najprawdopodobniej ze względu na to, że jako jedyny nie miałem żadnych obiekcji przeciw pracy w tym wydziale. Zarówno świeżo upieczeniu funkcjonariusze, jak i starzy policjanci nie mieli zbytniej ochoty na zajmowanie się zdruzgotanymi nastolatkami. Część z nich miała już dzieci w tym wieku, część sama niedawno z niego wyszła. Być może w tym należy szukać przyczyny. Były to już cztery lata po odejściu mojej żony z córką. Od tego czasu nie miałem od niej żadnej wiadomości, żadnego telefonu, listu czy e-mail?a. Od tamtej pory nie miałem więc także żadnej sposobności by je wspominać. Z pierwszego szoku ochłonąłem dość szybko, dzięki czemu stałem się najbardziej odpornym psychicznie policjantem z całego KSP. Tylko pomogło mi to w pełnym poświęceniu pracy zawodowej i być może także zadecydowało o przydziale do Działu Samobójstw.

Przypadków takich jak wczorajszy robiło się coraz więcej. Początkowo dostawałem średnio jedno zgłoszenie dziennie. Z czasem jednak zgłoszeń przybywało i zespół mojego działu zaczynał się powiększać. Dostałem sekretarkę, potem drugą. Nie chciałem pomocnika, wolałem trzymać wszystkie sprawy w swoich rękach. Nie były one uciążliwe, jak wspomniałem rzadko która kończyła się dochodzeniem. Czasami wymagało to zostanie parę godzin dłużej w pracy, jednak zupełnie mi to nie przeszkadzało, a wręcz z ochotę ociągałem się z powrotem do pustego od dawna mieszkania na Bródnie. Niechętnie brałem także urlopy, których nie miałem gdzie spędzać. Powoli praca stawała się dla mnie całym życiem, ku mojemu wielkiemu zadowoleniu zastępując mi żonę i córkę. Moje postępowanie nie zmieniło się także po obcięciu wszystkich dodatków za nadgodziny oraz zmniejszenia ich opłat do połowy. Ostatecznie jednak, po wielu naciskach kapitana, przyjąłem pomocnika, którego zadaniem było sporządzanie raportów i niekiedy wyjazdy w teren. To ostatnie zadanie wolałem trzymać dla siebie, gdyż najzwyczajniej w świecie po prostu je polubiłem. Na szczęście Krzysiek, ów ciemnowłosy dwudziestoośmiolatek nie garnął się do tej roboty i bez konfliktów mogliśmy pracować. Jedynym obowiązkiem w biurze było przeglądanie i poprawianie raportów napisanych przez mojego pomocnika i właśnie w tym celu jechałem wtedy na Grzybowską.

Przywitawszy się ze wszystkimi znajomymi, mniej lub bardziej lubianymi, usiadłem do komputera by przejrzeć przygotowany już przez Krzyśka raport. O dziwo nie otrzymaliśmy żadnego zgłoszenia. Zazwyczaj po przyjściu do pracy już kilka spraw czekało na oględziny w terenie. Bardzo rzadko ludzie kończą ze sobą w środku nocy. Trudno powiedzieć, kiedy dzieje się to ?zazwyczaj? lub ?najczęściej?. Próbowałem kiedyś znaleźć zależność pomiędzy metodą samoegzekucji a godziną, czy porą dnia w której miała miejsce. Jednak za każdym razem gdy już wydawało mi się, że rozwiązałem zagadkę, dostawałem zgłoszenie psujące moją piramidę zależności. Robiłem to dla czystej rozrywki, która ostatecznie znudziła mi się i przestałem się tym zajmować.

Podczas tych wspomnień przypomniałem sobie, że poprzedniego dnia pojawiła się nowa rozrywka dla umysłu, nowa zagadka. Inna jednak nieco. Nie wiem dlaczego, ale nie potrafiłem traktować jej tak jak poprzedniczki, jako wyłącznie grę, zabawę, coś porównywalnego do rozwiązywania krzyżówki. Znów uczucie jakiegoś tajemniczego niepokoju ogarnęło mnie. Nie wybiła jeszcze dwunasta, a już chciałem jak najszybciej urwać się z pracy i pojechać na Konstancińską. Wydaję mi się dzisiaj, że to było coś więcej niż ciekawość. Podobny niepokój tylko wielokrotnie spotęgowany towarzyszy rodzinom ofiar śmiertelnych wypadków, o których wcześniej dowiedziały się ze środków masowego przekazu. Dzwonią pytając się o listę poszkodowanych kierowani przecież nie ciekawością, lecz obawą, a jednocześnie przepełnieni wątłą nadzieją, że ich nazwisko nie zostanie przeczytane. Podobnie jakaś siła, której nie potrafiłem zlokalizować, zmuszała mnie by pojechać na miejsce wczorajszego wypadku, jednak na samą myśl o tym ogarniał mnie paraliżujący strach. Tym większy, że było on całkowicie irracjonalny. Nie umiałem sobie tego w żaden sposób wytłumaczyć, nie umiałem zdobyć się na wyśmianie własnego myślenia, czym zawsze pomagałem sobie w takich sytuacjach.

?Chyba strasznie Ci gorąco, zdejmij może tą marynarkę, bo się rozpłyniesz w tym upale.?

Dopiero te słowa Krzyśka otrzeźwiły mnie nieco. Na czole zebrały się kropelki potu. Zatwierdziłem raport i wyszedłem na papierosa.

Lubię palić. Od kiedy musiałem znienawidzić picie, musiałem pokochać kogoś innego. Wcześniej tego raz, że nie potrzebowałem, dwa że córka uczulona była na dym tytoniowy. Poza tym na palcach potrafiłem wtenczas policzyć wypalone w życiu papierosy. Dopiero kiedy razem ze swoją matką trzasnęły za sobą drzwiami, pojawiła się pustka, którą trzeba było kimś wypełnić. Nie zdając sobie z tego sprawy popadałem w coraz większe uzależnienie od wódki. Nie od alkoholu, bo wina i piwa nie znosiłem. Nawet nie od samej wódki, lecz od ?Wyborowej?. Przychodząc rano do sklepu żartowałem codziennie do młodej ekspedientki imieniem Basia, ?Wyborową i dwie Wyborcze?. W ten sposób otrzymywałem napój, zakąskę oraz coś na deser ? czyli gazetę. Niestety, podobało mi się to. Nie mogąc czuć się jak Pan, pociągnął mnie byt psa, pantoflarza, ścierwa. Jej na mnie nie zależało, ja ją ubóstwiałem. Jej ze mną nic nie wiązało, mnie z nią gros pięknych wspomnień, rzekłbym wręcz, że jedyne od czasu odejścia żony. Głaskałem ją czule, pieściłem, całowałem, deklamowałem jej wiersze i poeamaty, ona zaś zawsze stała tak samo lodowata. Kochałem ją, nie znając nawet jej myśli. Coś jak szczenięca, nieodwzajemniona miłość nastolatka, której nigdy nie przeżyłem, a której tak bardzo mi wtedy brakowało. Umiałem się powstrzymać od picia przed wyjściem do pracy. Codziennie rano całowałem nakrętkę mówiąc ?kochanie, ale kochać to się będziemy wieczorkiem?. Dopiero po powrocie na Bródno rozpoczynałem ucztę. Było pięknie. Zaczynałem widzieć już sens wracania do mieszkania. Choć nie było tam nikogo, czekała Ona. Z czasem jednak wieczorna rozkosz zaczęła się przedłużać do późnych godzin nocnych. Prawdopodobnie nikt by nic nie zauważył, gdyby wścibskim głąbom z ?Super Expresu? nie zachciało się zrobić sensacyjnego artykułu o tym jak to policjanci piją w pracy, urządzając co piątek największą pijatykę w mieście. Kapitan, pewien trzeźwości swoich podwładnych, zbadał na oczach dziennikarza całą ekipę balonikiem. Nie mam bynajmniej o to do niego żalu. Odmowa w tym wypadku groziłaby niepoważną aferą na skalę stołeczną z niestety dużo poważniejszymi konsekwencjami. Ponieważ przybyły z gazety żółtodziób nie miał ze sobą odpowiedniego sprzętu, wydał mu stary, przepracowany alkomat, wykazujący około dziesięciokrotnie mniejszą czułość. Nasza ekipa wyglądała wzorowo, tylko ja się wybiłem wydmuchując 0,2?. Wezwany przez swojego szefa, niczego nie świadom poszedłem do jego gabinetu. Dalszego biegu zdarzeń można się domyśleć. Ostatecznie skończyło się na upomnieniu, ucięciu wszelkich premii za rok bieżący oraz przymusowym, dwutygodniowym urlopie w ETOH-u. To właśnie tam, zmaltretowany i nie dostrzegający dalszego sensu życia, wyszedłem na świeże powietrze. Usiadłem na ławce obok mężczyzny w mniej więcej moim wieku i z mniej więcej podobnym problemem. Wywiązała się rozmowa, w której po raz pierwszy opowiedziałem komuś co działo się przez ostatnie kilka lat. Myślałem, że odwzajemni mi się tym samym i wspólnie będziemy użalać się nad naszą niedolą, jednak on, zupełnie nie zafrasowany, wyjął paczkę niebieskich ?Fajrantów? i poczęstował mnie jednym. Był to pierwszy papieros od trzydziestu lat. Zachowałem się oczywiście jak nastolatek, krztusząc się zaciągnąwszy się pierwszym dymkiem. Wypaliłem go jednak do końca i poczułem się nieco lepiej. Pożegnałem mojego wybawcę i szybko skoczyłem na najbliższą stację benzynową by poprosić ? zgodnie z tradycją ? o ?Wyborne papierosy?.

Kurację wszyscy zaliczyli do udanych. Nie chciałem się z tym zgodzić, cały czas czułem się po trosze jak bez ręki. Jednak z biegiem czasu tłumaczenie związane z uniwersalnością takiego stanu przekonywało mnie coraz bardziej i finalnie w nie uwierzyłem. W barku cały czas stała niedokończona butelka. Nie potrafiłem jakoś nigdy zdobyć się na to, aby ją wyrzucić. Wiedziałem, że wykonując ruch ręką w jej kierunku mam 99% szans, że szlak trafi cały odwyk i wypiję ją do dna? Codziennie rano chłodno ją zbywałem nie dopuszczając do siebie wszelkich z nią związanych wspomnień. Nie czułem się bynajmniej jak zwycięzca, nie odczuwałem także satysfakcji związanej z pełnym panowaniem nad moją skłonnością picia. Emocje wytłumiłem prawie całkowicie. Tylko niekiedy, budząc się rano, miewałem przelotne wątpliwości. Bo czy mogłem Ją traktować tak jak kiedyś sam zostałem potraktowany? Pozostał więc tylko cichy i umiarkowany spleen, który szybko stał się jednobarwnym tłem codziennych obowiązków.

*

Trasa Toruńska stała tak samo jak powietrze w tamto upalne, sierpniowe popołudnie. Po drodze do domu wypaliłem więc z nudów trzy papierosy, co świadczyło o moim wyjątkowym zniechęceniu do kontynuowania owego dnia. Wróciwszy, siadłem na fotelu, położyłem rękę na pilocie i machinalnie włączyłem telewizor. Wciąż jeszcze miałem w pamięci dzień wczorajszy, kiedy, wbrew kilkuletniej tradycji, nie obejrzałem nawet wieczornego dziennika. Wczoraj zapadło w niej na tyle głęboko, by z niecierpliwością czekać jutra. Musiało być przecież normalnie. To przeświadczenie sprawiło, że postarałem się jak najwygodniej ułożyć się w fotelu i z wymuszonym zadowoleniem pochłonął mnie telewizyjny bełkot. Najbardziej lubiłem oglądać program lokalny, przerywany niskobudżetowymi reklamami. Sekundę wcześniej rozpoczął się ?Telewizyjny Numer Warszawski?, w którym mogłem obejrzeć efekty pracy stołecznych dziennikarzy goniących za sensacją. Ponieważ z tą w Warszawie jest raczej krucho, staje się on skrótem z najciekawszych wypadków drogowych ostatniego dnia. Ach, dokopać się do absurdu rzeczywistości, po czym wyśmiać go, wyszydzić, deptać, gnieść i ukazywać swoją obojętność wobec szerzonego zniszczenia ? tego mi właśnie trzeba było. Udowodnić sobie samemu odrębność od rzeczywistości, ukazać swoją wyższość i niezależność ? oto prawdziwa satysfakcja, lepsza od tysiąckrotnego orgazmu. Moje zadowolenie przestało być udawanym. Humor poprawił mi się zdecydowanie i trwałby pewnie do tej pory, gdyby nie zasłyszane kątem ucha kilka słów na temat wymiany oświetlenia ulicznego na ulicy Konstancińskiej.

Czar prysł natychmiast, momentalnie opuściło mnie wszelkie zadowolenie, poczucie oparcia. To było jak memento mori dla skrajnego hedonisty, jak Waterloo dla Napoleona, jak finał wojny roku dwudziestego dla Armii Czerwonej. Niepokój jeszcze nie zdążył nadejść, ale miał na to sporo czasu. Droga do mojego umysłu była prosta i otwarta, nic nie stało mu na przeszkodzie. Na razie zajmowało mnie ogromne rozczarowanie własną naiwnością przeradzające się powoli w nie ukierunkowany gniew. Gniew tępy, głuchy, ale ileż przyjemniejszy od zastygłej niepewności, od niepokoju ogarniającego mnie na samo wspomnienie nazwy tej przeklętej ulicy. Rodził myśli. Na telewizję już nie zwracałem uwagi. Moja wyobraźnia właśnie przeżywała ekstazę zniszczenia. Ogień, płomienie, zapach spalenizny, woń zgliszczy ? oto co chciałem widzieć i pochłaniać całym sobą w tamtej chwili. Chodziłem w kółko po starym, nieco wytartym, beżowo-burym dywanie, wyobrażając sobie apokaliptyczną pożogę trawiącą chylącą się do ziemi kamienicę na Konstancińskiej. Brakowało mi tylko jednego ? ludzi. Chciałem by było ich w niej jak najwięcej, krzyczących, rozpaczliwie uciekających i wołających o nie nadchodzącą pomoc. Nie było tam nawet cienia człowieka. Żółte języki łapczywie smagały puste framugi, w powietrzu roznosiło się radosne trzaskanie palonego drewna? W tym momencie mój umysł zrodził chorą myśl. Otóż patrząc tam, gdzie znajdować się powinno było okno Johana, ujrzałem ciemną, niską postać, stojącą tyłem do ramy okiennej pośród ognia. Nie przejawiała ona żadnej chęci ucieczki, żaden najdrobniejszy gest nie zdradzał przerażenia i strachu. Powoli obrócił się ukazując mi swoją twarz. Wtedy jego oczy zabłyszczały tysiąckrotnie jaśniej niźli najjaskrawszy z płomieni, zaś usta wykrzywiły się w pełen goryczy i diabelskiej satysfakcji uśmiech. To była moja twarz.

Mój gniew ustąpił nie pozostawiając po sobie żadnego śladu, tak jak każda, nawet największej mocy siła wycelowana w próżnię. Usiadłem na fotelu i powoli wracałem na ziemię, co ostatecznie nastąpiło, kiedy spojrzałem na zegarek. Była już ósma. Nie muszę chyba pisać co było moim następnym krokiem. W kolejnej eskapadzie na tą przeklętą ulicę nie było już ni krzty przypadkowości. Mój chłodny racjonalizm ogarnął także i tą, dotychczas tajemniczą dziedzinę mego życia do tego stopnia, że bez najmniejszych oporów czy wątpliwości narzuciłem na siebie mój czarny płaszcz i udałem się w kierunku ul. Konstancińskiej. Okazało się, że nie było to wcale tak daleko, jak mniemałem. Poprzednim razem nazbyt długo kręciłem się w kółko i stąd mylna ocena odległości na podstawie czasu. Po około dwudziestu minutach stałem już pod drzwiami mieszkania numer 20.

Na starym dywanie cały czas leżała odwrócona kartka zapisana przez Johana w styczniu 2003. Podszedłszy do biurka rozpocząłem chronologiczne układanie ich obok siebie. Gdzieś głęboko w mojej podświadomości ukrywała się dziwna myśl podpowiadająca mi działanie. Odczytanie ich treści miało nieść za sobą rozwiązanie jakiejś zagadki, nieść odpowiedź na któreś z nurtujących mnie pytań. Nie znałem go, jednak było to jedyne sensowne postępowanie, na jakie mogłem się w owej chwili zdobyć. Zadanie było mozolne. Choć zdania i daty kreśliła ta sama ręka, pismo nie zawsze było czytelne. Widać, że mój bohater spisywał swoje dzieło targany różnymi stanami emocjonalnymi. Pokusa odwrócenia choć jednego ze świstków była ogromna, jednak bardzo silnie postanowiłem, że tego nie zrobię. Doprawdy, czułem dziwną, zapomnianą od dawna radość podczas tej pozornie głupiej pracy, taką jaką odczuwa dziecko budujące zamek z klocków. Ustanowiłem sobie zasady, których złamanie oznaczałoby koniec gry, popsucie zabawy. Zacząłem się w duchu śmiać z siebie, ale tak inaczej niż zwykle? Nie był to śmiech gorzki, ale przyjemny. Choć naigrywałem się z własnej głupoty, to było mi z tym bardzo dobrze i nie wstydziłem się tego przed sobą samym. Po raz pierwszy od dawien dawna się uśmiechnąłem.

Styczeń, wrzesień, maj, marzec, grudzień? Ułożenie chronologiczne okazało się dużo bardziej mozolną robotą niż przypuszczałem. Kiedy wreszcie udało mi się ją zakończyć, rozejrzawszy się po pokoju usiadłem miękko na tapczanie i zapaliłem papierosa. Długo wpatrywałem się w swoje dzieło nie roniąc przy tym ani jednej myśli, spokojnie oddawszy wodze mojego umysłu ślepemu losowi. Złudzenia, rozczarowania, idee, wątpliwości, żal, melancholia ulatywały gdzieś ponad mnie tak jak szara smuga dymu ciągnąca się od żaru czerwonego Marlboro. W owej chwili gotów byłem się stać właśnie tym małym, przygasającym czerwonym punkcikiem, jedyną oznaką żywej duszy w tym zalatującym stęchlizną pokoju. Czasem się rozpalał i płonął przez chwilę gorąco, by po chwili stracić swój czerwony blask i utonąć w kłębowisku wypuszczanego ustami dymu. Nigdy nie zgaśnie nim będzie mu to dane. Ale i nigdy nie rozpromieni się żółtym i ciepłym płomieniem. Oto moja dusza. Tyleż warta co ten żar. Bezcenna.

Stanąłem i patrzyłem pod nogi jak uczeń idący do kąta za przeszkadzanie na lekcji. Wzrok mój zatopił się w podłodze. Ciekawość nie dręczyła mnie już tak bardzo. Czekałem przed bramą do krainy enigmy, która otworzyła się właśnie dla mnie. Mogłem wchodzić śmiało, jednak właśnie śmiałości mi brakowało. Moje obawy nie dotyczyły jednak tego, że na łamach owych kartek nie odnajdę odpowiedzi na dręczące mnie wątpliwości. Bałem się ? tu przyznaję się bez bicia ? bałem się, tego co stanie się gdy ich tam nie odszukam. Nadzieja, która przyświecała mym działaniom przez ostatnie kilka godzin opuściła w tym samym stylu co żona z córką dziesięć lat temu. Bezpowrotnie, bez słowa, bez śladu, nie pozostawiając nic, co mogłoby o niej przypominać. Pozostały tylko efekty mojej mozolnej pracy, jakże nędzne i marne dla mnie w tej chwili. Głupie i pozbawione jakiegokolwiek sensu. Było mi siebie strasznie szkoda, ale nie dlatego że zmarnowałem czas. Poświęciłem się znowu tej przewrotnej dziwce nadziei, znów zaufałem, przygotowałem ciepłe miejsce w zlodowaciałym sercu i? odeszła. Nie miałem już siły na złość, na błaganie o powrót. Pozostałem sam na sam z moim ?dziełem?. Nie powinienem był tego tak nazwać, ale nie znam odpowiedniego słowa. Schyliłem się i zacząłem czytać.

Przerzucałem kartki jak stóg siana w poszukiwaniu igły. Były tam jakieś fragmenty opowiadań, marne inwokacje, niedokończone i nędzne wiersze. Kilka rysunków, które może miałyby szansę na bycie ciekawymi, gdyby były narysowane a nie nabazgrane. Na niektórych kartkach widniało tylko jakieś mocne, polskie przekleństwo, częstokroć pogrubiane wielokrotnie. Z początku czytałem wszystko jak leci, ale długo nie wytrzymałem tej chałtury, nudnych wstępów do jeszcze nudniejszych esejów oraz nieudanych wierszy zrodzonych z chorych przekonań. Nie potrafię sobie teraz przypomnieć ani jednego z nich, za wyjątkiem zacytowanego na początku fragmentu. Odnalazłem i tą kartkę i zachowałem dla siebie. Nie była dla mnie niczym specjalnym, jej treść nie niosła absolutnie żadnej wartości, ale była fizyczną pamiątką tamtego przewrotowego dnia. Znienawidzonego i niezapomnianego ? takim będzie on dla mnie do końca moich dni.

Ze zniechęceniem i nonszalancją zacząłem przerzucać świstki papieru, jak syn sołtysa zagoniony do przerzucania gnoju widłami. Nie łudziłem się ani trochę ? nie miałem czego szukać? Zresztą? czegóż miałem szukać? Na to proste pytanie nie znajdowałem odpowiedzi. Poeta ? myślałem ? gówno, nie poeta. W pewnej chwili trafiłem na dość wyróżniającą się kartkę. Była dłuższa i staranniej zapisana. Data nie mówiła nic za siebie. Oto co było nań napisane:


Nie pomogły zastrzyki, 
Recenzje i pomniki, 
Ni kwaśne mleko: 
Przyszedł szarlatan ? szuja, 
Obejrzał go, pobujał
? Dementia parecox.
 
Toż radość była w domu, 
Nareszcie koniec sromu, 
Skończony kłopot! 
Dozorca śmiał się setnie: 
? Zaraz mu nitkę przetnie 
Panna Atropos. 

Żona klaskała w dłonie: 
? Ach, przecie nadszedł koniec 
Pijackich orgii
Bólów miałam niemało, 
Nareszcie twoje ciało
Wezmą do morgi.

Wszyscy stanęli kołem
Z czołem bardzo wesołem
Prasa, kuzyni
I szacowne to grono 
Orzekło unisono
? Dobrze tak świni!

Po co dziewki uwodził, 
Nocą domy nachodził, 
Sen rwąc dzieciątek
I po co Pod Zegarem 
Lał w brzucho wino stare 
Świątek i piątek?

Zna go dobrze Warszawa:
Pożyczał ? nie oddawał,
Nasienie drańskie
A "poetyczne dale" 
To byly te skandale
W Małej Ziemiańskiej

Dobrze ci, stary draniu, 
Za grzechy nad otchłanią 
Inferna zwisasz. 
Najprzód gwiazdy i róze, 
Potem stołek w cenzurze ?
Sprzedajny pisarz!

Tak to nadobne grono
Radziło unisono
W śmiertelnej sali
A że lico miał bladsze
Orzekli ? Pewnie nadszedł
Koniec kanalii

Robiła się już godzina trzecia. Cichł szum miasta, koncert rozpoczynało natrętne ptactwo. Niebo szarzało w błyskawicznym tempie, by już za kilkanaście minut oblać palącym słońcem wychłodzone nocą miasto. Gdzieniegdzie widać było jeszcze głębię nocnego błękitu, resztkę ciemnogranatowej głębi, na której jaśniało kilka gwiazd. Od czasu do czasu nocny spokój wielkich arterii zakłócała grupa młodzieży idącej chwiejnym krokiem, bądź pośpieszni i dzicy pracownicy pierwszych zmian. W tym właśnie momencie dnia oprzytomniałem. W jednym ręku trzymałem zacytowany wiersz Gałczyńskiego skreślony ręką Johana, w drugiej zaś spalonego do połowy papierosa. Zupełnie nie pamiętałem, abym go był odpalał? Dziwne zaćmienie zaczynało mnie ogarniać. Wyszedłem starając się zatrzeć wszelkie ślady mojej obecności, jednak nie było to już działanie tak dokładne jak poprzednio. Uciekałem, chciałem czym prędzej znaleźć się na ulicy. Kiedy jednak wyszedłem na nią, cały czas jakiś strach goniący mnie od tyłu popychał mnie do przodu. Niepodobny do nikogo z wczesnoporannych przechodniów, posuwałem się szybko, a właściwie prześlizgiwałem się jak widmo od rogu ulicy do rogu ulicy.

Wątpliwości, pytania, żal, przytłaczający smutek? kłębiły się w mojej głowie doprowadzając do migreny, niemalże do zawrotów głowy. Byłem pijany nieszczęściem. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Jakby ktoś odłączył wtyczkę od mojego umysłu, pozostawiając mnie całkowicie samym, zupełnie na lodzie. Leciałem w dół, na łeb, na szyję, nie mając żadnej kontroli nad sobą. Rozpaczliwie rozglądałem się dookoła poszukując pomocy. Ale nie wiedziałem przecież jakiej pomocy! Chłodne, racjonalne myślenie, moja basis, fundament mojej egzystencji skruszył się pod wpływem delikatnego, ledwie zauważalnego wstrząsu. Chciałem krzyczeć, głośno i donośnie wyrzucać z siebie ból trawiący moją duszę, ale? komu? na kogo? do kogo? PO CO? Pytania dręczyły mnie coraz bardziej, pochłaniały coraz głębsze pokłady mojej duszy. Atakowały jak nowotwór rozprzestrzeniający się w gwałtownym zrywie. Gdybym nawet miał siłę teraz walczyć ? nie wiedziałbym jak. Złość, smutek, gniew, płacz, czerwień, czerń. Te naprzemienne uczucia targały mną jak wiatr banderą podczas sztormu. Próbowałem choć na chwilę zebrać myśli, choć na sekundę dotknąć racjonalnej analizy sytuacji. Bezskutecznie. W tym stanie dotarłem do swojego mieszkania. Stanąłem przed drzwiami i długo czekałem. Klucze wypadły mi z ręki ? zabrakło mi siły by je trzymać. Gdybym się w owej chwili schylił po nie, nie podniósłbym się. Czekałem więc i powoli koncentrowałem moje myśli. Nie wiem ile zajęło mi to czasu, ale ostatecznie udało mi się jakoś zebrać w sobie i wszedłem do mojego małego apartamentu.

Usiadłszy na fotelu i zapaliwszy papierosa, siłą zmusiłem siebie do kontynuowania analizy moich myśli. Nie przyszło mi to łatwo, ale gdybym się do tego nie zabrał, rozgoryczony i roztrzęsiony mógłbym był tak siedzieć latami. Z kwadransa na kwadrans umysł stawał się coraz bardziej przejrzysty i klarowny, aż po dłuższym, nieokreślonym czasie udało mi się postawić sobie nieszczęsne pytanie ? czego poszukiwałem? Być może dobrze zadane pytanie czy prawidłowo postawiona wątpliwość do połowa sukcesu. Ale w tym wypadku daleki byłbym od nazywania odpowiedzi sukcesem albo w jakikolwiek inny, optymistyczny sposób. Przyszła ona błyskawicznie, jednak dochodziła do mnie bardzo powoli. Przerażała mnie, a im bliżej niej podchodziłem, tym bardziej zdawała mi się być oczywistą i nieoczekiwaną zarazem. Bałem się, ale było już za późno. Już nie stałem przed bramą do krainy enigmy. Przekroczyłem próg jej poznania i zatrzymałem się krok za nią. Wrota zamknęły się z łoskotem. Ja nie przybliżyłem się ani kroku do tajemniczej odpowiedzi. Jednak ona zrobiła już pierwszy, złowieszczy krok. Krok, będący początkiem szarży na moją duszę. Nie było gdzie uciekać. Czegóż więc szukałem? To było jak cios nożem w plecy, zaskoczony i bezbronny, przyparty do muru, upodliwszy się i obdarłszy z wszelkiej godności zostałem wyśmiany i zgwałcony. Sensu życia?

SENSU ŻYCIA! Słowa nie oddadzą tego jak zacząłem się śmiać? To był istny śmiech szatana, diabła wcielonego w ludzką skórę. W MOJĄ skórę. Szaleństwo ogarnęło mnie na dobre, krzyczałem, skakałem, przewracałem się i śmiałem się? Tak przeraźliwie gorzko, ironicznie, absurdalnie zrywałem boki. Chciałem roznieść w pył całe moje najbliższe otoczenie, unicestwić absolutnie wszystko, ze sobą na czele. ?Sensu życia ? wołałem ? czy ty słyszysz?! SENSU ŻYCIA! Ty idioto, kretynie, palancie! Szukałeś sensu życia!!! Jakże podłą świnią jesteś, marną glistą, nicieniem i gnidą. Mogłeś szukać życia na Marsie, śladów UFO na ziemi, dowodów teorii spiskowej dziejów, ale wkroczyłeś na teren zabroniony. Zachciało ci się wielkich idei, zachciało ci się głębi, ale ona nie jest dla Ciebie, N I E  D L A  C I E B I E . Słyszysz?? Moje siły fizyczne powoli wyczerpywały się i ostatecznie, przygnieciony ciężarem szału, padłem na twarz, na moim burym dywanie. Przez krótką chwilę zaznałem spokoju. Ostatnie zachłyśnięcie się powietrzem tonącego w oceanie. Osunąłem się bezwładnie i popłynęły pierwsze łzy. Długo płakałem, raz wyjąc jak schwytany we wnyki wilka, raz pochlipując jak skarcone dziecko. W końcu ten nieustanny szloch doprowadził mnie do skrajnego wyczerpania, kilka niezgrabnych myśli pokręciło się przez moment po mojej głowie i leżąc tak na dywanie, zasnąłem.

*

Obudziłem się dziwnie spokojny. Zegarek wskazywał godzinę dziesiątą rano. Już wczoraj wiedziałem, że nie pójdę tego dnia do pracy i owego ranka utwierdziłem się w tym przekonaniu. Skrupulatnie odłączyłem wszystkie telefony, spojrzałem na komórkę i bez większego namysłu rzuciłem ją przez otwarte drzwi balkonu. Ósme piętro ? powinno wystarczyć by szlag ją trafił. Usiadłem na fotelu i zapaliłem. Nie dręczyła mnie żadna myśl, żadna niepewność. Ogarniała mnie chłodna pustka, nie było żadnego powodu aby kontynuować ów dzień. Praca, papierosy, samochód? ? to wszystko jakoś przybrało wtedy wyjątkowo obrzydliwy, szary kolor. I w tym momencie uprzytomniłem sobie, że zapomniałem o mojej ukochanej półlitrówce stojącej w barku. Osłupiałem i długą chwilę siedziałem w fotelu z wybałuszonymi oczyma zawieszonymi w przeciwległej ścianie. Nie pieściłem jej, nie mówiłem do niej, nie zalecałem się? po prostu o niej zapomniałem, jak o byle jakiej, nijakiej rzeczy rzuconej w otchłań codzienności. Czy byłem zadowolony, zmartwiony, rozczarowany, a może szczęśliwy? Nie. Tylko zdziwiony. Nigdy nie spodziewałem się, aby jej idealnie przezroczysta sylwetka kiedykolwiek mnie opuściła. ?Umrzemy razem? ? powiedziałem jej kiedyś. Często wyobrażałem sobie mój pogrzeb, na którym kładą ją ze mną do trumny. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że nadejdzie chwila gdy stanie mi się obojętną. Wstałem i wziąłem ją do ręki. Nie czułem absolutnie nic. Teraz już pewien swojego stanu zamachnąłem się i ?Wyborowa? wyfrunęła przez drzwi balkonowe jak z orlego gniazda.

* * *

Pułkownik Tomaszewski do pracy nie powrócił. Przez jeszcze długie lata w policyjnych kartotekach figurował jako zaginiony. W miejscu gdzie kończy się jego opowieść, wyszedł żwawym krokiem, idąc oczywiście w stronę ulicy Konstancińskiej. Nie myślał nic, nie czuł nic. Nie nosił w sercu ani krzty strachu ani jakiejkolwiek obawy. Ogarniała go pustka w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie miała żadnego zabarwienia, nawet do szarości nie mógłbym jej przyrównać. Była przezroczysta. Szybkim, zamaszystym krokiem wszedł po schodach i znalazł się w pokoju Johana. Nie przejmował się ostatnią lokatorką kamienicy, zresztą słusznie, gdyż ta i tak niczego nie słyszała. Stanąwszy po środku porozrzucanych kartek zapalił papierosa i pochwycił tą z nich, na której widniał wiersz Gałczyńskiego. Poszukał na biurku ołówka i dopisał brakujące cztery wersy:

Zapachniały zefiry
Brzękły potrójne liry
Pierzchnęła tłuszcza
Serce alkoholowe
Ponieśli aniołowie
Na złotych bluszczach

Rzuciwszy ją nonszalancko na biurko pokręcił się chwilę w miejscu spokojnie zaciągając się czerwonym Marlboro, po czym wyjąwszy służbowy pistolet, przystawił sobie go do skroni i pociągnął za spust. Nie zdążył nawet wypalić papierosa. Sterta papieru na którą upadł dość szybko zajęła się ogniem, potem drewniane meble, aż płomienie pożarły całe mieszkanie. Nieszczęsna staruszka mieszkająca dwa piętra niżej, niczego się nie spodziewając weszła do łazienki i z przyzwyczajenia zamknęła drzwi na zasuwę. To prawdopodobnie ten szybki, bezmyślny i niepotrzebny ruch ręki ją zgubił. Ogień strawił jej ciało, lecz zmarła zaczadzona podczas porannej toalety. Straż pożarna nie przyjeżdżała bardzo długo. Dym unoszący się znad starej kamienicy położonej na odludziu ktoś zauważył dopiero gdy zajęty był cały dach. Gdy dojechali, nie było już właściwie czego gasić. Tylko stara, nasiąknięta przedwojenną wilgocią piwnica ocalała, nieco osmalona.

Nikt nie powiązał tego zdarzenia z tajemniczym zaginięciem pułkownika. Strażacy nie odnaleźli żadnych ciał, zwęgliły się całkowicie i nie sposób było ich odróżnić od morza popiołu znajdującego się przy ulicy Konstancińskiej. Gdyby się rozejrzano dokładnie, z pewnością odnaleziono by nadtopiony, służbowy pistolet. Ale była to sobota, a w piątek kumplowi z brygady urodziła się córka. Pili do późna w nocy i nie mieli ochoty na robienie dokładnych oględzin pogorzeliska. Dedukcyjnie stwierdzono śmierć starej lokatorki, co ujęto w lakoniczny raport. Taką też informację podał Telewizyjny Numer Warszawski.

Niespełna dwa dni po owym tragicznym wydarzeniu, dwa i pół tysiąca kilometrów na zachód, w Nottingham, w miejskim szpitalu zmarła żona pułkownika, zostawiając samotne dziecko. Jego córka stała się piękną, atrakcyjną kobietą. Wyszedłszy spod skrzydeł matki bardzo chciała się choć zobaczyć z ojcem, jednak ta pierwsza skrupulatnie broniła swoje dziecko przed wszelkimi wieściami od taty. Ostatecznie, tajemnicę przedwcześnie pochłonął grób. Daremnie czekała latami na jakąkolwiek wiadomość. Nieustanne oczekiwanie zmęczyło ją w końcu i tylko czasami, gdy późno w nocy całowała śpiące dzieci, smutna iskierka w oku przypominała o pewnym pustym miejscu w jej sercu.

Minęło siedem lat i zgodnie z ustawą zaginiony został uznany za zmarłego. Pośpiesznie ustawiono pogrzeb. Bliskich właściwie nie było. Żona zmarła, przyjaciół i rodziny brak. O biednej córce jakoś zapomniano. Grób pod pustą trumnę rozkopano gdzieś w bocznej, zapuszczonej alejce na cmentarzu południowym niedaleko Wólki Kosowskiej. Ksiądz pokropił, grabarz splunął. Obrządek dokonany.

Michał

Wersja do druku