Raj był na Wschodzie

– Nie wydaje Ci się, że popadamy w jakiś schemat? – zapytał nalewając kolejną kolejkę do kieliszków.

– Nie, dlaczego? – Siedział wygodnie w fotelu i zdawał się właśnie myśleć o czymś zupełnie innym, stąd pytanie było dla niego wyrwane z kontekstu.

– Tak tylko pomyślałem... W końcu to samo robili nasi ojcowie, dziadkowie... tak samo się zachowywali... Nie potrafię teraz wyklarować skąd się to wzięło.

Unieśli kieliszki w górę i druga pięćdziesiątka spłynęła przez ich gardła. Chwilę milczeli nie mówiąc nic, jednak nie wprawiało to ich w zakłopotanie. Żaden z nich nie czuł potrzeby informowania drugiej strony o czymkolwiek i w jakikolwiek sposób. Nawet nie patrzyli na siebie, lecz wzrok ich zawieszony był gdzieś w otaczającej, martwej przestrzeni. Nie sposób było odgadnąć ich myśli. Zresztą, każdy oddalił się w zupełnie inną sferę rozmyślań.

Trwali w tym stanie przez dobre dziesięć, może piętnaście minut. Siedzący na krześle dwudziestoparolatek zastygł schylony i obserwował politurę niskiego, sosno podobnego stolika okolicznościowego zastawionego naczyniami. Próbował doliczyć się ile żłobień imitujących drewno znajduje się na jego powierzchni, jednak gubił się za każdym razem, nie doszedłszy nawet do dwudziestki. Jego znajomy wręcz przeciwnie. Rozpięty w wygodnym, nowoczesnym fotelu, rozglądał się po obwieszonych fotografiami ścianach, uporczywie pragnąc znaleźć choćby jeden detal, jeden kontrastujący punkt, który pomógłby mu zbudzić umysł z letargu. Wewnętrzna pustka pośród ciszy to jeden z najbardziej przerażających obrazów piekła.

– Chodźmy się przejść – zaproponował pierwszy z nich, po czym nie czekając na odpowiedź wstał z krzesła i podążył do przedpokoju. Sekundę później to samo zrobił jego towarzysz.

Ulica była jasna, dobrze oświetlona, luminację dodatkowo potęgowały światła odbijające się pozostałościach świeżo spadłego deszczu. O tej porze ruch w mieście był bardzo nieznaczny. Od czasu do czasu zbłąkani przechodnie pośpiesznie przekraczali puste ulice na czerwonym świetle biegnąc do domu. Nad nimi szumiały bezlistne gałązki drzew targane raz mocniejszymi, raz słabszymi porywami listopadowego wiatru. Szli ni to powoli, ni to spiesznie, można by rzec, że ich marsz utrzymywał się w rytmie muzycznego moderato. Kroki ich zdawały się być tak lekkie, że stopy natknąwszy się na taflę wody nie mąciły jej. Mijali zabudowania, których okna były rozpalone do białości elektrycznym światłem, idealnie puste afisze reklamowe wyglądające o tej godzinie złowieszczo oraz zgniłych i zepsutych ludzi pachnących śmietnikiem bądź wodą Hugo Boss?a.

– Ładna była?

– Bardzo.

Twarz drugiego z nich przybrała poważny wyraz i zdaje się, że dostrzec można było nawet delikatne przytaknięcie wyrażające pełne zrozumienie. Nie rozumiał wcale. Nie wiedział także, co należy w takich sytuacjach mówić, jak inteligentnie ciągnąć kogoś za język. Palnął więc bez większego namysłu.

– Mądra?

– Bardzo.

Znów przyjął odpowiedź z tym samym spokojem, powagą i wyrazem zrozumienia na twarzy. Z trudem jednak powstrzymywał w sobie chęć pretensjonalnego wykrzyknięcia ?ależ, dlaczego??. Dusił to w sobie tłumacząc, że to nie jego sprawa, że nie można tak bardzo wchodzić w cudze życie. A poza tym znał odpowiedź na to najprostsze pytanie – ?Tak musiało być? – odpowiedziałby Karol. Zawsze tak mówił.

Wędrowali już dobre pół godziny i miał straszną ochotę zapytać Karola o cel wędrówki. Zdawało mu się, że szwendają się tak bez celu, co psychicznie go wykańczało. Najważniejsze to mieć cel – mawiał – realizować go to już inna sprawa, ale trzeba go mieć. Każda podróż czy spacer z Karolem były kompletnym zaprzeczeniem jego dewizy. Kochał je, więc za to i nienawidził z całego serca. Chwilę później, jakby przejrzawszy myśli kompana, Karol powiedział:

– Za chwilę w lewo, potem jeszcze dziesięć minut i będziemy na miejscu.

Wiejący od kilkunastu minut zimny, północny wiatr rozproszył kumulujące się na niebie chmury, odsłaniając nagi księżyc. Ten bez najmniejszego skrępowania rozrzucał swoje blade promienie po powierzchni ziemi ukazując jej piękno w barwach mroku. Gdy dochodzili na miejsce, niczym Gwiazda Betlejemska wskazał im zgrupowanie małych, opustoszałych baraków. Weszli właśnie na teren dawnej stacji przeładunkowej znajdującej się na obrzeżu jednego z większych polskich miast. Prowadziła tutaj tylko leśna ścieżka będąca pozostałością betonowej drogi dla starych ciężarówek oraz tory kolejowe. Usiedli na skraju zarwanego peronu i patrzyli chwilę w milczeniu na migoczącą w blasku księżyca stal szyn. Było już dość chłodno, więc oboje podkulili się nieco i zatopili w rozmyślaniach. Oboje czekali na pierwsze słowo, na które żaden z nich nie potrafił się zdobyć. Nie dawali sobie rady z uporządkowaniem ogromu pytań i odpowiedzi, które kłębiły się i mnożyły w ich głowach, jak burzowe cumulusy w upalne popołudnie. Ale nie spieszyli się, nie gnał ich żaden termin, więc ze stoickim spokojem rozkoszowali się przenikliwą wonią smaru kolejowego unoszącego się ponad szynami oraz ledwo już dostrzegalnym wspomnieniem ciepłych wieczorów. Gdzieś w pobliżu przejechał samochód, gdzieś daleko słychać było ostatnie lądujące samoloty, a po chwili cały miejscy zgiełk i gwar umilkł i zostali sami wśród martwej, jesiennej ciszy. Współtowarzyszowi milczenie zaczynało się już przykrzyć. Był dość konkretnym człowiekiem, ale podczas szczerej rozmowy także ciekawskim. Nie było to męczące dla jego współrozmówców. Dla niego – wręcz przeciwnie. Każda chwila nie wypełniona słowem stawała się dla niego katorgą, męczarnią. Karol wiedział o tym i zauważył starannie skrywane od kilku minut zniecierpliwienie. Zaczął powoli i nonszalancko:

– Kiedy ją poznałem była piękna. Zobaczyłem ją po raz pierwszy, gdy zmęczony jechałem zapchanym autobusem do domu. Ona rozświetlała swoim magicznym blaskiem całe ciemne, ponure i śmierdzące otoczenie. Zawsze gdy przekraczam próg jakiegokolwiek środka komunikacji zbiorowej, a przede wszystkim miejskiej, przez całą drogę marzę tylko o chwili, gdy będę wysiadał. Jeszcze raz przejść przez drzwi, wyrwać się z tego grząskiego bagna pełnego ludzi, bardziej podobnych do stada pawianów. A wtedy było inaczej. Pragnąłem by nasze drogi splatały się jak najdłużej, bym choć jeszcze przez chwilę mógł rozkoszować się jej jasnym obliczem odbijającym się w szybie. I poznałem ją. Z każdym dniem zachwycała mnie swoją urodą i wnętrzem coraz bardziej... – zamilkł na chwilę i spojrzał na zadumaną twarz swojego współtowarzysza. Nie spuszczając z niej wzroku rzekł – wiesz, pozazdrościć jej mógł mi każdy. Gdziekolwiek bym się z nią nie pojawił każdego wprawiłaby w zachwyt. Ale... no właśnie: Ale. Nie potrafiłem niczego z nią zbudować. Wręcz przeciwnie. Miałem wrażenie, że za każdym razem, gdy się spotykamy niszczę ją. W jakiś nieznany mi sposób moja niepozorna osoba powoli posuwała do przodu destrukcję jej na prawdę pięknej duszy...

Uciął. Znów jego wzrok zawisł na migoczących światełkach odbijających się na szynie kolejowej. Gdzieś niedaleko dało się słyszeć sygnał zbliżającej się lokomotywy. Kilka chwil później trzy charakterystyczne światła pojawiły się na tle czarnych drzew. Pociąg nadjeżdżał powoli postukując o łączniki szyn i słychać było syk pneumatycznych hamulców oznajmiający planowe hamowanie. Tuż za opuszczoną stacją tory pod dużym kątem skręcały na południe, zaś za zakrętem przecinała je asfaltowa droga. Dlatego też każdy skład czynił spory hałas by wejść w łuk na minimalnej prędkości.

Gdy ostatni wagon towarowy schował się w mroku listopadowej nocy i ucichł stukot metalowych kół, Karol znów wrócił do obserwacji lśniącej stali leżącej tuż przed jego nogami. Oczy skrywały nieskończoną pustkę i lepiej, aby zawisły gdzieś w próżni, niż na czyjejś twarzy. Dlatego z rzadka spoglądał na swojego kompana. Wolno przebierał nogami luźno zwisającymi w powietrzu i opowiadał w ogóle nie dając pola do popisu mimice.

– Kochaliście się? – podjął temat jego towarzysz

– Mam nadzieję, że nie. Inaczej będę tego żałować do końca życia.

– A ona... kochała Cię?

– Wiesz... Kochali mnie rodzice, kochali i dziadkowie. Więc teoretycznie powinienem umieć to robić. Ale to nie było takie proste. ?Kocham Cię? to nie jest zaklęcie, które się wypowiada w obecności wybranej osoby, gdy widzisz jej oczy z odległości kilku centymetrów. Możesz powtarzać to miliony razy, ale to nie zadziała. – znów zrobił pauzę – A ona... nie mam bladego pojęcia. Ale mam nadzieję, że nie. Wszystko zaczęło się bardzo szybko i tak samo się skończyło. Może zdążyłem się ewakuować zanim to uczucie pochłonęło całe jej ciało i umysł.

Północny wiatr przybrał na sile. Łyse korony drzew trzeszczały czarnymi gałęziami jakby próbowały odstraszyć nieznanych intruzów. Zimny powiew przewiał ich doszczętnie w nagłym podmuchu i oboje podkulili się by jeszcze bardziej uszczknąć dla siebie choćby ciut więcej własnego ciepła. Znów zapiszczał sygnał lokomotywy i w milczeniu wsłuchiwali się w stukot sześćdziesięciu kół pociągu. W pewnym momencie przestało duć i udało im się nieco rozgrzać.

­– Patrzyłem w nią jak w obraz, jak w rzeźbę. Była dla mnie dziełem Fidiasza a nie Stworzyciela. I chyba właśnie dlatego nie potrafiłem jej pokochać. Żałuję, że w ów ciepły, wrześniowy wieczór zapukałem do jej drzwi i zaprosiłem na spacer. Powinienem był jak nastolatek dalej wpatrywać się z zachwytem w jej oblicze nie śmiejąc zbliżyć na krok. Powinna była się stać moją Gwiazdą Północną na czas bezkresnej żeglugi. A ja zapragnąłem tylko mieć ją dla siebie. – znów zamilkł na chwilę. Skrył twarz w dłoniach, po czym ze smutnym westchnieniem dorzucił, jakby od niechcenia – Kurwa, jakie to piekielnie trudne...

Karol chciał był zapłakać. Nie udało mu się to jednak, choć szczerze tego pragnął. Poczuć choć przez chwilę słony smak łez, który zabiłby tą przeklętą gorycz w ustach. Tak po prostu wyrzucić z siebie wraz z nimi ten ciężki, skrywany ból, któremu nie umiał przypisać żadnego słowa. A jego spotkanie z nią wciąż stawało mu przed oczyma. Jej ciężkie rzęsy w milczeniu przyjmujące jego odejście. Powiedział, że nie wie, czy go kochała... Ale przecież widział ją dumną, wyprostowaną, kiedy każde słowo ciężkie jak kamień wypadało z jego ust jak z rąk kamienujących. Nic nie mówiła, nie pytała, nie prosiła, nie błagała. Tylko lakonicznie poinformowała, że na ten jutrzejszy spektakl pójdzie z koleżanką. Wiedział dobrze, czy go kochała. Dzięki Bogu, nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo.

– Jak miała na imię?

– Jak każda — Ania. Zwykła, mała Ania...

I to były ostatnie słowa jakie o niej wyrzekł.

Listopad nie dawał o sobie zapomnieć. Wiatr, który przed chwilą ustał w przepędzaniu zbłąkanych dusz do swych domów, jakby zlitował się nad tymi dwoma postaciami, siedzącymi na zapomnianej stacji. Ale nie trwało to długo. Ponownie rozpędził się gdzieś ponad czarnymi drzewami i z dużą siłą uderzył w ich nieodpowiednio okryte jak na tą porę roku plecy. Współrozmówca Karola skulił się jak bity pies. Zrobiło mu się na prawdę zimno i głowę na dobre zaprzątnął mu powrót do domu. Wyobrażał sobie czekającą na niego ciepłą herbatę i świeżą pościel na pościelonym jeszcze przed wyjściem łóżku. Przypominał sobie kalejdoskopowe wzory na oszronionych szybach, które obserwował w dzieciństwie zza okna. W jego umyśle zaczęły po kolei rozkwitać ciepłe wspomnienia i paradoksalnie – i jemu robiło się nieco cieplej i raźniej. Wszystkie zbiegały się w jednym miejscu – w rodzinnym domu, otoczonym zewsząd śnieżną zimą. W tym magicznym miejscu pamiętanym z bardzo wczesnej młodości, które w niepojęty sposób potrafiło odeprzeć mróz i wicher szalejące po podwórzach. Do którego myśl o powrocie zawsze napawała nie zrozumianą radością. ?No tak, ale to tylko przeszłość? – pomyślał gorzko i nagle znów poczuł na swoim karku hulający po bezdrożach jesienny wiatr.

A Karol wciąż siedział przygarbiony i patrzył na te same szyny kolejowe jak w otchłań. Nic nie mówił i jego twarz nic nie wyrażała. Lekko przygarbiony, bardzo wolno przebierający łydkami zdawał się rozmyślać o czymś bardzo odległym, ale i wielce smutnym. Takim właśnie widział go w owej chwili jego towarzysz, którego nagle powiązało z nim zrozumienie i idąca w ślad za nim solidarność.

– Chyba wiem, co czujesz – powiedział – Ten smutek już tak ma, że przychodzi i odejść nie chce. Nie roztrząsaj przyczyn i skutków. On jest, był i – niestety – będzie. To, że dowiesz się skąd przychodzi i dokąd podąża nic nie zmieni... – urwał na chwilę, przybliżył się wymownie i pretensjonalnie do Karola, a gdy ten wreszcie podniósł na niego oczy, kontynuował.

– Tam u Ciebie zostawiliśmy ponad pół butelki. Przestań szukać winnych gdzie ich nie ma. W ogóle przestań ich szukać, bo ich najzwyczajniej w świecie nie ma. Wrócimy, dopijemy, pójdziesz spać, a ja pójdę do domu. Rano wstaniesz, pójdziesz do pracy i jakoś to się wszystko ułoży...

– ?Jakoś?... Jakoś, to to do mnie nie przemawia. – ironicznie skwitował patrząc na jego ładną, pełną twarz o piegowatych policzkach. Powoli spuścił wzrok i z wciąż tym samym wyrazem zadumy dodał

– Nie, nie pójdę jutro do pracy.

Kompan spojrzał na niego z zainteresowaniem. Nie robił już poważnej miny. Tym razem rzeczywiście go rozumiał i nie potrzebował żadnych wyjaśnień. Z wrodzonej ciekawości ciągnął go jednak za język.

– Jak to?

– Po prostu. Nie mogę tam wrócić. Nie chodzi mi oczywiście o samą pracę, tylko o to ?normalne? życie. Od dziś od godziny piątej po południu ono dla mnie takim być przestało. Teraz wygląda jak obraz za oknem podczas porannej podróży autobusem. Jest monotonne i jednostajne, nie mam na nie żadnego wpływu, a wszelkie zmiany następują tylko wedle woli innych. I chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że w takich warunkach nie można normalnie funkcjonować. Problem w tym, że nie wiem, co dalej... Nie wiem gdzie mam pójść jutro, jeżeli nie do pracy.

– Nie możesz, tak jak mówiłeś – po prostu tam nie pójść? Może po prostu zostań w domu?

– W domu, czyli gdzie? Ty byś tak zrobił. Ja nie potrafię.

Bardzo chciał mu pomóc. Ale w tym momencie przybyłe w nagłym powiewie poczucie solidarności, odpłynęło w siną dal równie niezauważalnie. Znów myśli powędrowały gdzieś daleko w sferę sentymentalną i znów ogarnął go wszechobecny chłód. Niebo powoli zasnuwało się chmurami i blask księżyca stawał się bledszy i mniej zauważalny. Stal rozpostarta pod ich nogami przestała lśnić, nagie korony drzew zaczęły zlewać się ze sobą dając wrażenie jednolitej, kirowej masy. Zupełnie niespodziewanie wyłoniły się z niej dobrze znane, trzy okrągłe reflektory nie uprzedzone jednak klaksonem. Chwilę później dało się słyszeć powoli zbliżający do przejazdu kolejowego samochód. Zwrócił na to uwagę i obserwował to lokomotywę, to ledwo widoczną z owego miejsca krzyżówkę. Wreszcie, gdy pociąg przybliżył się do drogi jego wzrok zawisł na nim ze zniecierpliwieniem i ciekawością czekając wypadku. Pojazd jednak jeszcze we w miarę bezpiecznej odległości uciekł przed czołem elektrowozu i do kolizji nie doszło. ?Ach?, westchnął tylko i powoli obrócił głowę w stronę Karola. Nie było go. Usłyszał tylko gwizd dochodzący z naprzeciwka, który byłby bardzo głośny, gdyby nie tłumiący go hałas przetaczającego się pociągu. Kiedy spojrzał w tamtą stronę, jego oczom ukazał się stojący na piętce wagonu towarzysz rzucający mu pęk kluczy. Złapał je i zrozumiał, że to do jego mieszkania. Gwałtownie więc zwrócił się ku oddalającej się sylwetce przyjaciela. Nie wiedział, co ma krzyknąć, co powiedzieć, czy krzyczeć ?wracaj?, czy też ?dzięki?, czy gonić za pociągiem jak szaleniec, czy jak głupiec siedzieć na miejscu. W odpowiedzi na te wszystkie wątpliwości, na twarzy Karola pojawił się chyba nigdy przez niego nie widziany, szczery uśmiech. I od tego czasu nie widział go już nigdy więcej.

Michał

Wersja do druku